Kapistoni – naturalne wina u stóp Kaukazu

Karma. A może przeznaczenie? Wierzę, że pewne rzeczy, które mają się wydarzyć, z pewnością się wydarzą. Wydawać by się mogło, że łatwiej o tym pisać w apokaliptycznej rzeczywistości, w jakiej dziś żyjemy, choć po prawdzie – spotkanie z Niką Chochiashvilim było chyba od początku mi pisane, pomimo wszelkich okoliczności ku temu niesprzyjających. Pierwszego dnia pobytu nie udało się mi z nim skontaktować, drugiego był zajęty… więc znalazł chwilę trzeciego, ostatniego dnia, by pokazać nam swoje wspaniałe wina. Do tego stopnia, że zabrał nas wczesnym porankiem z hotelu w centrum Tbilisi do swej winiarni w Saguramo, w okolicach Mcchety. A że warunki były wyjątkowo ekstremalne, niech świadczy tylko fakt, że w budynku nie było wody, bo po nocnym, wyjątkowo mocnym przymrozku po prostu zamarzła w rurach….

Tradycyjny budynek marani. (fot. własna)

Ten postawny, dobrze zbudowany mężczyzna jest symbolem wytrwałości, gruzińskiej przedsiębiorczości i poszanowania tradycji. Przez lata mieszkał w Stanach Zjednoczonych i stamtąd przeniósł swe podejście do biznesu i produkcji wina. Zdecydował się postawić na rzadkie, lokalne odmiany, którymi wzbogacił prowadzone do tej pory uprawy, prowadzone przez jego dziadków. Przy wsparciu różnorakich grantów wzniósł budynek marani (tradycyjnej gruzińskiej winiarni), w którym od 2018 roku produje wino z 10 hektarów upraw – zarówno z Kartli, jak i Kachetii. Budowla położona jest w uroczym miejscu, z którego rozciąga się widok zarówno na pobliskie pasmo Saguramo, jak i leżący w oddali Kaukaz. Póki co na rynku pojawił się jednynie pierwszy rocznik, zaś zeszłoroczny dojrzewa jeszcze w kwewri – to własnie je miałem szansę spróbować.

Nika Chochishvili w akcji. (fot. własna)

Naturalną koleją rzeczy zaczęliśmy od win białych (choć po prawdzie dokładniej byłoby powiedzieć – bursztynowych/pomarańczowych), zaś do kieliszków trafiło Kapistoni Chinebuli (Chinuri) 2019. Powstało z gron lokalnej, kartliskiej odmiany z siedlisk położonych we wsi Vaziani. Dzięki kilku miesiącom dojrzewania wraz na czaczy zyskało głębokozłotą, wpadającą w bursztyn barwę. Znajdziemy tu aromaty gruszek, żółtych jabłek, imbiru i stokrotki, zaś w ustach jest krągłe, z wyraźną, jeszcze nie do końca ułożoną taniną, średnią kwasowością, nutami przypraw korzennych, jabłek, gruszek i olejku pomarańczowego. Zachęcające (ocena: ***/****). Kapistoni Rkatsiteli 2019 cechuje nieco głębsza, jasnobursztynowa barwa, więcej nut owocowych (brzoskwinia, gruszka, dojrzałe, żółte jabłka), żwawa kwasowość, potężna tanina, znajdziemy w nim też przyprawy korzenne, imbir, oraz skórkę pomarańczy. (ocena: ****).

Kwewri pełne pysznego wina. (fot. własna)

Ciekawe, co najmniej równie ekscytujące są tutejsze czerwienie. Kapistoni Tavkveri 2019 posiada głęboką, rubinową barwę, zachwyciło mnie aromatami wiśni, czereśni, malin, ziemistością oraz lukrecją, z świetną kwasowością, żelazistą mineralnością, łagodną, elegancką taniną oraz nutą czarnego pieprzu. Chyba się zakochałem w tej odmianie (ocena: ****/*****). Kolejnym wspaniałym, kartlijskim winem jest Kapistoni Shavkapito 2019. Zdobi je ciemnorubinowa szata, w nosie kusi zapachem czerwonych owoców: wiśni, czeresni, jeżyn, ale także ziemi i przypraw korzennych. W ustach dość zgrzebne, świeże, o wysokiej kwasowości, przyjemnej, miękkiej taninie, soczystej nucie owocowej (wiśnie, jeżyny, czarna porzeczka), wzbogacone szczyptą anyżu oraz czarnego pieprzu (ocena: ****). Naturalnie nie mogło zabraknąć również Kapistoni Saperavi 2019, klasyki gruzińskiego winiarstwa – mamy tu purpurową barwę, aromaty wiśni, czereśni, dymu, mokrej ziemi i tytoniu, w ustach jest soczyste, owocowe, o świetnej kwasowości, ładnej taninie i delikatnej pikantności (ocena: ****).

Lekki chaos wskazuje, że budowa wciąż trwa. (fot. własna)

Żałuję tylko, że nie mogłem poświęcić temu miejscu więcej czasu. Nika, jak na człowieka o dość sporym doświadczeniu posiada w sobie wiele pokory, ale przede wszystkim plan na przyszłość, dzięki któremu planuje podbić zagraniczne rynki. Jego praca powoli zaczyna przynosić efekty, gdyż pojawiło się kilku zainteresowanych importerów, gotowych sprowadzać jego wina chociażby do Wielkiej Brytanii. Jest też naturalnie zainteresowany Polską, która stała się w ostatnich dla gruzińskich producentów swoistą „ziemią obiecaną”. Ja zaś z zainteresowaniem będę obserwował jego działania i wrócę do tutejszych win w późniejszych wpisach.

Wina Kapistoni degustowałem na zaproszenie producenta – Niki Chochiashviliego, do Gruzji zaś podróżowałem na koszt własny.

Podążając śladami Batorego – wina regionu Sălaj

W połowie stycznia spędziłem wyjątkowy weekend w położonym na północnym zachodyzie Rumunii okręgu Sălaj. Wyruszyłem tam na zaproszenie węgierskiej Fundacji Wacława Felczaka, by odwiedzić siedzibę rodu Batorych – miasto Șimleu Silvaniei, wsie Camăr i Carastelec oraz zapoznać się z okolicznymi winiarniami i ich winami, gdyż jest to zupełnie nieznany w Polsce region o dużych tradycjach winiarskich, który w ostatnich latach, dzięki poważnym inwestycjom wkroczył na drogę nowoczesności.

Winnice Camăr o poranku. (fot. własna)

Stefan Batory urodził się w 1533 roku. Jego rodzinne gniazdo stanowiła potężna, kamienna twierdza, której ruiny dziś można oglądać w centrum Șimleu Silvaniei. Rozległe mury dają pojęcie o potędze rodu, przez kilka dekad dominującego w politycznym krajobrazie Siedmiogrodu. Przyszły król Polski dość szybko został osierocony, trafiając na dwór Habsburgów i do północnych Włoch, gdzie otrzymał gruntowne wykształcenie. Po powrocie w rodzinne strony przyłączył się do stronnictwa rodziny Zápolyi, zyskując sławę w walce z Habsburgami. W 1571 roku dzięki protekcji tureckiej został wybrany wojewodą siedmiogrodzkim, a pięć lat później – królem Polski i wielkim księciem Litwy. Resztę jego historii znamy z podręczników.

Ruiny twierdzy Batorych. (fot. własna)

Nie jesteśmy natomiast w stanie stwierdzić, jakie wina pijał Batory, przebywając w rodzinnych stronach. Możemy się tylko domyślać, że były to dość lekkie, białe trunki o wysokiej kwasowości, gdyż podówczas w okolicach uprawiano jedynie jasne odmiany winorośli. Prawopodobnie były pośród nich takie szczepy, jak bakator, járdovány oraz fetească albă. Władca i jego rodzina patronowali produkcji wina, wspierając rozwój gospodarczy regionu. Z pewnością część z nich trafiała na do Polski na dwór królewski za pośrednictwem namiestnika Siedmiogrodu – Krzysztofa Batorego. Warto dodać, że w XVIII-XIX wieku tutejsze wina cieszyły się wielką popularnością, docierając nawet na dwór cesarski w Wiedniu. Pierwotnie uprawiane odmiany niemalże całkowicie zniknęły wraz z plagą filoksery, zaś dzieła zniszczenia dopełnił komunizm, gdy postawiono na zdecydowanie bardziej plenne, łatwiejsze w uprawie krzewy. Dziś w okolicach uprawia się szczepy międzynarodowe: chardonnay, gewürztraminer, merlot, muscat ottonel, pinot blanc, pinot meunier, pinot noir, riesling, a także miejscowe: fetească neagră, fetească regală, kadarka, welschriesling.

Winiarnia Fort Silvan 47. (fot. własna)

W regionie Sălaj, który stanowi część apelacji Crișana działają obecnie trzy duże winiarnie. Największą z nich jest położony na skraju wsi Camăr (niemal w całości zamieszkana przez Węgrów) Fort Silvan 47. Jest to inwestycja założona przez lokalnego biznesmena – Attilę Szoboszlai, uprawy liczą dziś 45 hektarów, z których powstaje szeroka paleta win, od białych wytrawnych, przez różowe, czerwone, aż po półsłodkie białe. Oprócz winiarni znajdziemy tu także średniej wielkości pensjonat z wygodnymi pokojami, a obok powstaje również niewielkie centrum odnowy biologicznej. Spośród tutejszych win najbardziej zapadł mi w pamięć Fort Silvan 47 Riesling Italian (Welschriesling) 2016, z aromatem pieczonego jabłka i suszonych owoców, wyraźną nutą migdałową, świeżą kwasowością i delikatną goryczką (ocena: ***, cena: 31 RON). Warto spróbować również tutejszego czerwonego kupażu Fort Silvan 47 Merlot-Fetească Neagră 2017, o ciemnogranatowej barwie, bogatym bukiecie pełnym aromatów owoców leśnych, wiśni, wanili, oraz soczystej, owocowej nuty wiśniowej w ustach, wspartej na przyzwoitej kwasowości i łagodnej, gładkiej taninie. Jeszcze młode, ale już bardzo obiecujące (ocena: ***, cena: 59 RON).

Niekończące się korytarze winiarni Podgoria Silvania. (fot. własna)

Drugim punktem, który odwiedziliśmy jest winiarnia Podgoria Silvania z Șimleu Silvaniei, produkująca głównie wina musujące. Założona w 1820 roku firma posiada bogatą historię, 40 hektarów upraw, a także wspaniałe, liczące 3,5 kilometra długości podziemne korytarze, rozciągające się na głębokości 60 metrów. W czasach słusznie minionego systemu, a dokładniej w 1974 roku zdecydowano o zmianie profilu produkcji na powstające metodą tradycyjną wina musujące, których w szczytowym okresie progi winiarni opuszczało 4 miliony butelek. Dziś powstaje tu około 300 tysięcy butelek rocznie, z których część trafia na eksport, m.in. do Rosji, czy chociażby Francji. Ja zdecydowałem się nabyć Silvania Vin Spumant Premium Lix Sec, o wyraźnej nucie zielonych jabłek, niezłej kwasowości i delikatnej goryczce (ocena: **/***, cena: 38 RON).

Nowoczesne wnętrza Crama Carastelec. (fot. własna)

Ostatnim celem wizyty była ciesząca się ostatnimi czasy sporą popularnością winiarnia Crama Carastelec leżąca w miejscowości o tej samej nazwie. Jest to najnowsza inwestycja w regionie, pierwsze krzewy zaczęto sadzić w 2011 roku, zaś liczący sobie 1600 m2, nowoczesny budynek winiarni wzniesiono dwa lata później. Pomysł rozpoczęcia produkcji wyszedł od słynnego Tibora Gála, który na początku XXI wieku wielokrotnie odwiedzał ten teren i pomógł wybrać działki pod uprawę, niestety po jego nagłej śmierci projekt wstrzymano. Ważną ideą winiarni jest samowystarczalność i ochrona środowiska, dlatego też zainstalowano tu panele słoneczne, zaś ogrzewanie zapewnia energia geotermalna. Pośród inwestorów znajdziemy m.in. opactwo benedyktyńskie w Pannonhalmie, które niegdyś posiadało majątki we wsi. Uprawy zajmują tu 22,4 hektarów w jednej, dużej parceli, zaś w winnicy znajdziemy następujące odmiany: chardonnay, fetească regală, pinot blanc, pinot meunier, pinot noir, riesling. Głównym motorem napędowym winiarni są wina musujące z najbardziej ekskluzywnej linii Carassia, warto spróbować również ich win wytrawnych, z linii Vinca, mnie szczególnie spodobało się Carastelec Vinca Sophia 2018, które powstało z odmiany chardonnay. Znajdziemy w nim kremowość, nuty dojrzałych brzoskwinii, wanilię i solidną kwasowość, składające się w przyjemną, niezwykle pijalną całość (ocena: ***/****, cena: 43 RON).

Wyśmienite, kremowe chadonnay. (fot. własna)

Pozytywnie zaskoczył mnie równy, wysoki poziom powstających tu win, które bez szczególnej reklamy świetnie sobie radzą na rynku. Winiarnia Crama Carastelec w momencie odwiedzin wyprzedała cały zapas wina musującego, więc musieliśmy się zadowolić winami wytrawnymi, zaś przedstawiciele dwóch pozostałych producentów również nie narzekali na popyt, co w obecnych czasach świadczy o solidnej jakości tutejszych produktów. Region czeka na gości przez cały rok, ale warto go odwiedzić zwłaszcza wczesną jesienią, w ostatni weekend września, kiedy odbywa się tu Bathory Fest, podczas którego odbywają się pokazy walk, inscenizacje historyczne oraz koncerty. Można wtedy także spróbować lokalnej kuchnii i trunków. Oprócz wina w okoliach powstaje także wyśmienita pálinka ze śliwek, a każdy gospodarz posiada swoją własną recepturę. Poszukujący spokoju znajdą tu nienaruszoną przyrodę, zaś każdy zachwyci się otwartością tutejszych mieszkańców.

Carastelec – tu na nowo bije winiarskie serce regionu. (fot. własna)

Do regionu Sălaj podróżowałem na zaproszenie Fundacji Wacława Felczaka (Wacław Felczak Alapítvány). Ceny win podane są w rumuńskich lejach (RON). Przelicznik tej waluty do złotówki wynosi niemalże 1:1 (na korzyść złotego).

Mythos Mosel – powrót do ojczyzny rieslinga

Każdy, kto choć raz trafi nad Mozelę chce do niej wrócić jak najprędzej. Meandrująca pośród wzgórz rzeka, strome, łupkowe zbocza obsadzone winną latoroślą, małe, położone wśród winnic miasteczka, pamiętające jeszcze wieki średnie – to wszystko zachęca do odwiedzenia tego malowniczego zakątka Niemiec. Dla mnie zeszłoroczna wyprawa to był powrót po roku na festiwal Mythos Mosel, który stanowi jedną z największych, rokrocznie odbywających się imprez regionu. Ponad 100 producentów i 750 win do spróbowania w ciągu dwóch dni – rzadko kiedy jest możliwość poznania tak szerokiego spektrum miejscowego winiarstwa. W podróży po krainie Rieslinga towarzyszył mi Piotr Wdowiak z bloga Wine O’Clock. Na szczęście na szóstą edycję festiwalu udało nam się przybyć dzień wcześniej i opuścić dzień później, przez co nie musieliśmy rezygnować z żadnego punktu programu, przy okazji odwiedziwszy również winiarnię Reinharda Löwensteina (Weingut Heymann-Löwenstein) w malowniczym Winningen. Widok na rzekę ze stromych tarasów stanowiska Röttgen to moment, który na długo zapadł mi w pamięci.

Mönchhof – pierwszy przystanek wyprawy. (fot. własna)

Dwudniową degustację zaczęliśmy w Ürzig, wiosce położonej u podnóża słynnego, wulkanicznego siedliska Ürziger Würzgarten, natrafiając przy okazji na wycieczkę z instytutu Masters of Wine. Pierwszym przystankiem był charakterystyczny budynek winiarni Mönchhof. To posiadające 14 ha gospodarstwo posiada kilkaset lat historii, od ponad dwóch stuleci pozostając w ręku rodziny obecnych właścicieli. Tutejszy Mönchhof Erden Prälat Riesling Auslese 2018, choć jeszcze bardzo młody, to już pokazuje olbrzymi potencjał – znajdziemy w nim nuty owocowe (morela, brzoskwinia, pigwa), a także miód, potężną słodycz oraz świetną, chrupką kwasowość, dzięki której wino zachowuje harmonię i jest zrównoważone (ocena: ****/*****). Świetne jest także Ürziger Würzgarten Riesling Auslese*** 2018 od partnerskej winnicy Mönchhof – Joh. Jos. Christoffel z Erben. Bogate w aromaty owoców cytrusowych (mandarynek, grapefruitów, limonki), winogron, miodu, o obezwładniającej wręcz słodyczy i pozostającej w kontrze do niej świetnej, wibrującej kwasowości (ocena: ****/*****).

Wspaniałe wino prałata. (fot. własna)

Druga stacja wyprawy to Kinheim i znajdujące się tam stoisko małej solidnej winiarni Weingut Kees-Kieren z Graach, którą zapamiętałem z poprzedniej edycji jako producenta świetnych auslese i spätlese. Tym razem mej uwadze nie umknął młodziutki Kees-Kieren Graacher Himmelreich Riesling Spätlese 2018**, pachnący morelami, cytrusami oraz owocami egzotycznymi, w ustach zaś dominuje słodycz, miód, soczysta owocowość, wsparta na cytrusowej kwasowości (ocena: ****/*****). Jeszcze lepsze jest Kees-Kieren Graacher Himmelreich Riesling Auslese** 2018, z potężną słodyczą, ostrą jak brzytwa kwasowością, nutą moreli, brzoskwini, cytrusów oraz słoną mineralnością. Warto poczekać z otwieraniem butelki, choć już dziś jest absolutnie genialne (ocena: (****/*****).

Słodka perełka z Graach. (fot. własna)

Kolejny interesujący przystanek i zwieńczenie pierwszego dnia czekało nas w Enkirch, gdzie w winiarni Weingut Immich-Batterieberg gościły wina Markusa Molitora. Jego Markus Molitor Alte Reben Mosel Riesling 2017 (biały kapsel) charakteryzuje się słoną nutą mineralną, ziołowością, cytrusowością, świetą kwasowością przy wyraźnie zaznaczonej słodyczy (ocena: ****). Genialny jest natomiast Markus Molitor Zeltinger Sonnenuhr Riesling Auslese** 2009 (złoty kapsel) to esencja mozelskiego łupka – miód, pigwa, morele, susz owocowy, wyraźna ewolucja, lekka nuta petrolowa ale też słona mineralność, potężna koncentracja i doskonały balans między kwasowością, a solidną dawką słodyczy (ocena: ****/*****). Doskonała butelka na zakończenie dnia pełnego przygód.

Świetne rieslingi od Markusa Molitora. (fot. własna)

Drugi dzień festiwalu zaczęliśmy z przytupem w Briedel, w Weingut Walter. O ile ona sama jest producentem solidnych, aczkolwiek niewyróżniających się szczególnie rieslingów, o tyle bardzo spodobało mi się wino z goszczącej tu Weingut Grans-Fassian z Leiwen. Ta rodzinna, bardzo stara (bo licząca kilkaset lat tradycji) winiarnia jest członkiem VDP i znana jest z świetnych win klasy Grosses Gewächs. Jednym z nich jest Grans-Fassian Laurentiuslay GG 2017, czyli świetny, młody riesling z nutami suszonych owoców, ziół, migdałów, miodu, sporą koncentracją, solidną kwasowością i słoną nutą mineralną (ocena: ****/*****). Niestety, nie mogliśmy tu spędzić więcej czasu, zwłaszcza, że czas nas gonił – trzeba było zmierzać dalej, ku najbardziej wyczekiwanemu punktowi wyprawy.

Wybitny Grosses Gewächs z świetnego rocznika. (fot. własna)

Właśnie tam, w Pünderich znaleźliśmy mozelskiego Świętego Graala. Są dla mnie nimi wina młodego, ale też dysponującego sporym doświadczeniem i jeszcze większym talentem Matthiasa Knebela z Weingut Knebel z Winningen. Posiada on 7 ha w najlepszych parcelach wioski, w tym Uhlen i Röttgen, skąd pochodzą jego najciekawsze rieslingi. W uznaniu zasług i po spełnieniu wyśrubowanych wymagań w 2017 roku dołączył on do stowarzyszenia producentów VDP. Każde z zaprezentowanych win robi spore wrażenie, aczkolwiek kilka zasługuje na szczególne uznanie. Knebel Uhlen Trocken 2008 to mineralno-ziołowy sok z mozelskich łupków, z niewielką dodatką suszu owocowego, wsparty na potężnej, świeżej kwasowości, dzięki czemu wydaje się o wiele młodszy, aniżeli wskazuje na to jego rocznik. Wspaniały (ocena: ****/*****). Podobne wrażenie Knebel Röttgen Trocken 2008 – z tym, że tu oprócz solidnej dawki słonego, mineralnego soku dostajemy jeszcze pieprzną pikantność, która dodaje mu pazura, choć odbiera nieco z elegancji poprzednika. Mimo tego to wciąż wybitne, piękne wino (ocena: ****/*****).

Matthias Knebel – młoda gwiazda z Winningen. (fot. własna)

Równie solidnie prezentują się tutejsze słodycze. Knebel Röttgen Spätlese 2018 – bogactwo nut owoców egzotycznych (ananas, mango) cytrusów, świetnie zbalansowana słodycz i kwasowość, delikatna mineralność oraz finisz spod znaku zielonego jabłka dają świetną kombinację (ocena: ****/*****). Genialne jest także Knebel Röttgen Auslese – obezwładniająco gęste, skoncentrowane, z bogatą nutą owocową (grapefruit, mango, ananas, morele), miodową słodyczą i ostrą jak brzytwa kwasowością, ale nie brakuje tu również słonej mineralności. Niesamowite (*****). Na szczęście, wina tego producenta są już dostępne w restauracjach i barach współpracujących z importerem – poznańską firmą Poniente.

Dotyk absolutu. (fot. własna)

W tej samej stacji czekało na nas jeszcze trzech innych, wspaniałych winiarzy. O ile wspomnianego wcześniej Reinharda Löwensteina mogłem pominąć ze względu na wcześniejszą wizytę, tak win gospodarza przystanku – Clemensa Buscha już nie. Poza standardowym zestawem zaprezentował nam on starsze roczniki, ale im poświęce miejsce w osobnym wpisie. Z stosunkowo świeżych win bardzo mi zaimponował Clemens Busch Vom Grauen Schiefer Trocken 2016, soczysty, krągły riesling z wyraźną nutą mineralną, potężną kwasowością i ziołową pikantnością (ocena: ****/*****). Bardzo duży potencjał ma także Clemens Busch Marienburg Rothenpfad GG 2017, skoncentrowany, mineralny riesling, z nutami pieprzu, cytrusów i świetną kwasowością (ocena: ****/*****). Dla mniej wtajemniczonych ważna może okazać się informacja, że całość upraw winiarza jest prowadzona metodą biodynamiczną.

Jeden z najlepszych adresów nad Mozelą! (fot. własna)

Ostatnią winiarnią, która zaprezentowała swoje wina w domu Clemensa Buscha była Weingut Haart z Piesport. Już podstawowe butelki pokazują talent winiarza Johannesa Haarta i świetne terroir tamtejszych okolic, zaś wina z późnych zbiorów i pojedynczych parceli to już klasa światowa. W Haart Goldtröpfchen GG 2012 znajdziemy nuty polnych ziół, orzechów, suszu owocowego, słoną mineralność, żwawą kwasowość i świetną strukturę (ocena: ****/*****). Haart Goldtröpfchen Spätlese 2010 to skoncentrowany, soczysty, owocowy nektar z rieslinga, w którym dominują nuty moreli, brzoskwinii, cytrusów, znajdziemy tu także umami i lekką ziołowość (ocena: ****/*****). Owe wina to zdecydowanie jedno z największych odkryć całego festiwalu.

Johannes Haart – solidny producent z Piesport (fot. własna)

Kolejnym ciekawym punktem była winiarnia Weingut Melsheimer z Reil. To dość odważny producent, który eksperymentuje z różnymi metodami produkcji, przy czym całość upraw jest prowadzona w sposób ekologiczny. Mnie najbardziej spodobał się jego Melsheimer Lentum Riesling Trocken 2015, który fermentował przez ponad 36 miesięcy (!) w dużych (1000 l) beczkach, dzięki czemu zyskał sporo nut kremowych, znajdziemy w nim także zioła i cytrusy, świetną kwasowość oraz delikatną, słoną nutę mineralną (ocena: ****). Świetne, choć nieco bardziej typowe jest Melsheimer Schäf Mullay-Hofberg Riesling Spätlese 2018, o aromatach białych owoców, cytrusów, ziół oraz słonej mineralności przy sporej słodyczy (ocena: ****).

Thorsten Melsheimer – mozelski rewolucjonista. (fot. własna)

Ostatnim, wartym poważniejszego wspomnienia przystankiem była stacja w winiarni Weingut Julius Treil w Reil. Bardzo dobrze zaprezentowały się tu wina od Weingut von Hövel z Konz, średniej wielkości producenta (21,5 ha) o długiej, rodzinnej tradycji (7 pokoleń), będącego również członkiem stowarzyszenia VDP. Wspaniale zaprezentowało się zwłaszcza Von Hövel Scharzhofberger Riesling Auslese 2018, o przepięknej, morelowo-brzoskwiniowej, soczystej owocowości, nutach miodu, cytrusów oraz słonej mineralności, z doskonałą harmonią słodyczy i kwasowości (ocena: ****/*****). Równie solidne, a czasem lepsze wina powstają w Weingut Peter Lauer w Ayl. To mały producent (8 ha), także należący do VDP, który również zachwycił mnie podczas poprzedniej wyprawy, i postanowiłem ponownie spróbować jego win – co było świetną decyzją. Pierwsze z nich – Peter Lauer Ayler Küpp Spätlese Faß 7 2018 cechuje potężna słodycz, świetna nuta mineralna, solidna dawka cytrusowej kwasowości i wyraźna, morelowa owocowość (ocena: ****/*****). Drugie – Peter Lauer Ayler Küpp Auslese Faß 10 to już skoncentrowana dawka owoców egzotycznych, marakui, mango, cytrusów, moreli, potężnej słodyczy i świetnej kwasowości, i migającej w tle nucie mineralnej (ocena: *****).

Florian Lauer – mistrz z Ayl. (fot. własna)

Kilka dni spędzonych nad Mozelą przekonało mnie ponownie, że jest to jedno z najwspanialszych miejsc na świecie dla produkcji win, a tutejsze rieslingi stanowią czołówkę win białych. Nie chcę specjalnie przedłużać tego wpisu, bo już jest to o kilka tysięcy znaków za dużo, ale muszę stwierdzić – Mozela ponownie mnie zachwyciła. I choć w tym roku z pewnością tam nie trafię, to w myślach układam kolejny plan powrotu. W końcu serca nie da się oszukać, a jego fragment został tam, w zakolu rzeki pod Ürziger Würzgarten.

Wszystkie drogi prowadzą nad Mozelę… (fot. własna)

Nad Mozelę podróżowałem i w festiwalu Mythos Mosel brałem udział na koszt własny.