Juliet Victor Winery – luskusowe oblicze Tokaju

Debiuty nowych winiarni są zazwyczaj sporymi wydarzeniami medialnymi. Zwłaszcza wtedy, gdy stoi za nimi spory kapitał i rozpoznawalne nazwisko właściciela, lub winiarza. Tak było w przypadku Juliet Victor Winery, która powstała z inicjatywy Józsefa Váradiego, prezesa zarządu popularnej niskokosztowej linii lotniczej – Wizzair. Intrygująca, francusko brzmiąca nazwa pochodzi z systemu kodów używanych właśnie w lotnictwie, które służą do kontaktu pilotów z wieżą, a w tym wypadku stanowią także inicjały właściciela. Za siedzibę przedsiębiorstwa obrano ponad 300-letni budynek w centrum Mád, który 14 września 2018 otworzył swoje podwoje przed zwiedzającymi. Modernizacja trwała 2 lata i kosztowała 500 milionów forintów (ok. 6,5 miliona złotych), z czego ponad połowę pokryły unijne dotacje. Obecnie do winiarni przynależy 27 ha ziemi w kilku stanowiskach (m.in. Bomboly, Király, Betsek, Veres), z czego niecałe 20 stanowią uprawy, a kolejne 7 czeka na nasadzenia. Za winnice odpowiada Zsolt Vincze (zięć Istvána Szepsyego), zaś prace enologiczne powierzono mało znanemu w branży Árpádowi Sajgó. Z winiarnią współpracuje również Mátyás Szik, czołowy węgierski sommelier.

Czy nowa marka podbije świat wina? (fot. własna)

 

To właśnie on zaprezentował w zeszłą sobotę winia Juliet Victor podczas degustacji prasowej przed główną imprezą Furmint Február. Przedstawiono 4 etykiety, z czego jedna czeka jeszcze na wprowadzenie do sprzedaży. Pierwsza z nich Juliet Victor Furmint 2017 to podstawowe wino winiarni, powstałe z owoców zebranych w siedliskach Betsek, Király, Szent Tamás, Úrágya oraz Veres. Dojrzewało przez kilka miesięcy w beczkach (300-500 l) z zempleńskiego dębu. Barwa bladozłota, w nosie dość powściągliwe, z wyraźnie zaznaczoną nutą mineralną, pieprzną pikatnością i aromatami cytrusów. Usta oszczędne, o potężnej, wręcz agresywnej kwasowości, ze szczyptą słonej mineralności i z delikatną owocowością spod znaku zielonego jabłka i cytrusów, które potem uzupełnia gruszka i brzoskwinia. Wciąż młode, potrzebuje czasu by się rozwinąć, pite dziś – nie zachwyca (ocena: ***). Rok starszy Juliet Victor Furmint 2016 pokazuje zdecydowanie inne, dojrzalsze oblicze. Tym razem mamy kupaż furminta powstały z siedlisk Betsek i Király. Posiada on bladozłotą barwę, w nosie wyczuwalne aromaty wanilii, soczystej brzoskwinii oraz gruszki, wsparte lekką pikantnością i krzemową mineralnością. Usta szczodre, sporo tu ciała, wyraźnie zaznacza się owocowość pod postacią nut brzoskwini, gruszki i zielonego jabłka, podparte słoną mineralnością i solidną kwasowością. Wyczujemy tu także wpływ beczki pod postacią wanilii oraz prażonych migdałów, choć nie tłamsi on owocowego charakteru wina. Finisz średniodługi, cytrusowo-słony. Udane wino z trudnego rocznika (ocena: ****), aczkolwiek oczekiwałbym czegoś więcej w tym przedziale cenowym (7490 HUF czyli 101 PLN – dotyczy zarówno rocznika 2016, jak i 2017).

Elegancji tutejszym furmintom nie brakuje (fot. własna)

 

Juliet Victor Furmint Király 2017 powstał z gron zebranych z jednego z najbardziej wyjątkowych siedlisk w regionie. Zbocza wzgórza Király zapewniają winorośli długi okres wegetacji i osłaniają je od północy przed napływem zimnego powietrza. Owo wino posiada jasnozłotą barwę, w nosie wyczuwalne są nuty mineralne, cytrusy i szczypta białego pieprzu oraz wanilii. W ustach dość surowe, o dominującej, przenikliwej wręcz kwasowości, jest też trochę owocowości spod znaku zielonego jabłka i cytrusów, wyraźnie zaznacza swoją obecność słona mineralność, a wszystko to zaokrąglone delikatnym cukrem resztkowym i aromatem wanilii. Przyjemne, ale wciąż bardzo młode (ocena: ***/****). Planowana cena: 8990 HUF (122 PLN). Ostatnie z podanych win – Juliet Victor Szamorodni 2016 zrobiło na mnie największe wrażenie. Uzyskano je z gron pochodzących ze stanowisk Betsek i Király, po fermentacji dojrzewało przez 12 miesięcy w nowych beczkach z zempleńskiego dębu, a kolejny rok spędziło w butelce. Szata głębokozłota, w nosie na pierwszym planie zaznaczają się aromaty owoców egzotycznych: marakui, mango, cytrusów oraz moreli, które uzupełnia duet miodu i polnych ziół. W ustach ekstraktywne, bogate, z wyraźnymi nutami owocowymi (mango, marakuja, morele, brzoskwinie, pigwa), wsparte na potężnej, acz dobrze zintegrowanej słodyczy (160,8 g/l cukru resztkowego) i solidnej, cytrusowej kwasowości (8,6 g/l). Dalej pojawia się skórka pomarańczy, biała czekolada, a długi finisz wieńczy pigwa. Wielowymiarowe, złożone, koncentracją przypominające raczej poważne aszú, i tak też zostało wycenione (cena: 14990 HUF, czyli 203 PLN).

Szamorodni, które niczym nie ustępuje poważnym aszú (fot. własna)

 

Muszę przyznać, że debiut win Juliet Victor zrobił na mnie spore wrażenie, widać, że dołożono wszelkich starań, by stworzyć poważną, liczącą się w świecie markę. Pytanie, czy wystarczy to, by podbić zagraniczne rynki? Mam poważne wątpliwości – po pierwsze – wydaje mi się, że w tym segmencie cenowym trudno będzie znaleźć solidnych odbiorców, zwłaszcza, że wina te będą musiały konkurować z innymi tokajami, które mają wyrobioną renomę (Szepsy, Barta, Royal Tokaji, Disznókő, Oremus), a cenę w wielu wypadkach znacznie niższą. Po drugie, wybór nazwy niekoniecznie sugeruje związek z regionem, a to dla poszukiwaczy lokalnych perełek może okazać się odstręczające. Po trzecie i chyba najważniejsze – winiarnia to inwestycja długoterminowa, więc będzie wymagała od właściciela cierpliwości oraz sporego wkładu finansowego – pierwsze lata przynoszą zazwyczaj spore straty. Z drugiej strony – József Váradi jako doświadczony menedżer ma spore kontakty, które z pewnością pomogą mu w negocjacjach z zagranicznymi kontrachentami. Na ile udanie, o tym przekonamy się za kilka lat.

Wina i terroir prezentował sommelier Mátyás Szik (fot. własna)

 

Wina Juliet Victor degustowałem na zaproszenie Dániela Kézdyego, organizatora i pomysłodawcy Furmint Február.

Árpád-hegyi Pince – wzrastająca gwiazda Tokaju

W centrum Szerencs, przy drodze prowadzącej do Miszkolca stoją dwie wysokie wieże, w kształcie skrzydeł. Stanowią one symboliczną bramę Pogórza Tokajskiego. To właśnie pobliske wzgórza, porośnięte winną latoroślą wyznaczająją południową granicę słynnego regionu winiarskiego. I choć Szerencs jest trzecią największą miejscowością regionu, to nigdy nie był tak mocno znany z winiarstwa, jak chociażby sąsiednie Mád czy Tállya. W ostatnim stuleciu miasto miało raczej przemysłowy charakter, wyznaczany przez jedną z największych na Węgrzech cukrowni, oraz powstałą obok niej fabrykę czekolady.

Kiedyś dom publiczny, dziś winiarnia… (fot. własna)

 

Niestety, historia słodkiego przemysłu ma gorzkie zakończenie (cukrownie zamknięto w 2007 roku), acz pewną pozytywną zmianą jest pojawienie się małych, lokalnych przedsiębiorstw, w tym lokalnych winiarni. Jedną z nich jest Árpád-hegyi Pince, założona przez Istvána Varkolyego w 1999 roku. Mało znany poza lokalnym światem winiarskim, István jest poważany jako jeden z demiurgów nowoczesnej uprawy winorośli w regionie. To on prowadził z ramienia państwowego kombinatu nowe nasadzenia w sporej części stanowisk w regionie, w tym tak słynnych jak chociażby Király czy Betsek, a w okresie transformacji ustrojowej sam nabył kilka dobrze położonych działek. Dziś pracę we własnym przedsiębiorstwie łączy z pozycją głównego winogrodnika w winiarni Gróf Degenfeld. Za powstawanie win od 2010 roku odpowiada jego syn – Ádám, którego mieliśmy przyjemność spotkać podczas naszej wizyty.

Przepastne piwnice pełne wina. (fot. własna)

 

Ten dwudziestosześciolatek dysponuje większym doświadczeniem, niż wielu starszych winiarzy z regionu. Od najmłodszych lat towarzyszył ojcu podczas prac w rodzinnym gospodarstwie, swoje pierwsze aszú stworzył zaraz po zdaniu matury w 2010 roku, po czym w Nowej Zelandii odbył praktyki winiarskie, a później ukończył enologię na Uniwersytecie Corvinusa w Budapeszcie. W 2017 roku został wyróżniony nagrodą im. Tibora Gála przyznawaną rokrocznie młodym, utalentowanym winiarzom. Nas przyjął w siedzibie winiarni, która służyła niegdyś jako dom publiczny pod nazwą Árpád Mulató, stąd też wzięła się nazwa przedsiębiorstwa. Naszą wizytę zaczęliśmy od zwiedzenia rozległych piwnic, w których dojrzewa tutejsze wino, po czym przystąpiliśmy do degustacji w obszernej sali na parterze budynku.

Sprawca całego zamieszania – Ádám Varkoly (fot. własna)

 

Pierwsze z nich – Árpád-hegy Kabar 2017 pochodzi z gron zebranych w winnicy Betsek. W nosie wyczuwalne są aromaty brzoskwini, polnych ziół i kwiatów oraz wanili, w ustach zaś zaznaczają się soczyste nuty owocowe: jabłka, brzoskwinii, sporo tu kwasowości, jest też słona nuta mineralna, całość natomiast podkreślona jest 5 g/l cukru resztkowego. Młode, nie dokońca ułożone, ale przyjemne wino ze sporym potencjałem dojrzewania (ocena: ****). Árpád-hegy Zafír Furmint 2017 powstało z gron zebranych ze stanowiska Zafír w północno-zachodniej części miejscowości Tarcal. Mamy tu aromaty brzoskwini, polnych ziół oraz mokrych skał, w ustach zaś dominują słodkie nuty brzoskwini i moreli, wydatnie podkreślone 7 g/l cukru resztkowego, jest też solidna dawka kwasowości, mineralność oraz delikatna goryczka na finiszu. Ciekawe, aczkolwiek sprawiło na mnie mniejsze wrażenie niż jego poprzednik (ocena: ***/****).

Wytrawny kabar. (fot. własna)

 

Następne wino – Árpád-hegy Király Furmint 2017 to jeszcze zamknięty w sobie młodzieniaszek, na którego będzie trzeba jeszcze trochę poczekać. W nosie wyczuwalna mokra skała, dym, polne zioła, kremowość i wanilia, w ustach zaś dominuje potężna, cytrusowa kwasowość, jest też słona mineralność, pojawiają się także nuty owocowe: gruszki i brzoskwini, sporo tu ciała, pojawia się lekka pikantność, na finiszu zaś spotkamy nuty zielonego jabłka. Widać w nim spory potencjał, ale potrzeba kilku lat, by zobaczyć go w pełni formy (ocena: ****). Dowodem na to, że warto poczekać, jest Árpád-hegy Király Furmint 2015 – tu w nosie na pierwszym planie są czyste aromaty owocowe: brzoskwini, moreli i gruszki, dalej wyczuwalna jest mokra skała, wanilia oraz lekka nuta kremowa. W ustach również jest sporo soczystego owocu pod postacią brzoskwini i moreli, sporo tu ciała, jest kremowa tekstura i solidna, trzymająca wszystko w ryzach kwasowość, z lekką dawką słonej mineralności, zaokrąglone niewielką (4 g/l) ilością cukru resztkowego. Świetny balans i harmonia, po prostu wielkie wino z wielkiego stanowiska (ocena: ****/*****). Wytrawną serię zamknął Árpád-hegy Sárgamuskotály 2017, typowy muszkat z dominującymi aromatami róży, polnych kwiatów i ziół, o średniej kwasowości i delikatnie zaznaczej nucie grapefruita (ocena: ***/****).

Furmint ze stanowiska Király. (fot. własna)

 

Pierwsze spośród słodkich – Árpád-hegy Késői Szüretelésű Kövérszőlő 2017 to wino z późnych zbiorów. W nosie wyraźnie wyczuwalne są aromaty moreli, brzoskwini, miodu gryczanego, wędzonej śliwki oraz botrytisu, w ustach na początku pojawia się delikatna nuta lotnej kwasowości, zaraz po niej ujawniają nuty owocowe: moreli, mirabelek i gruszki, dalej miód i karmel, mamy tu też potężną słodycz (130 g/l cukru resztkowego) oraz sporą kwasowość sprawiającą, że wino jest dość dobrze zbalansowane. Przyjemne, gdyby nie ta lekko odpychająca nuta octowa na początku (ocena: ***/****). Następnie podano nam dwa rodzaje Árpád-hegy Édes Szamorodni 2013. Pierwsze z nich dojrzewało pod florem, przez co wyczuwalna jest tu oksydacja, nuty suszonych owoców, orzechów, karmelu i botrytisu przy solidnej dawce słodyczy (110 g/l cukru resztkowego) i świeżej kwasowości (ocena: ****). Drugie zaś dojrzewało w pełnej beczce, więcej w nim nut owocowych: pigwy, moreli, brzoskwini, a także miodu, propolisu i karmelu, słodycz jest zdecydowowanie bardziej wyraźna (170 g/l), aczkolwiek dobrze zbalansowana przez ostrą jak brzytwa kwasowość (ocena: ****/*****).

Niezwykle skoncentrowane, poważne szamorodni. (fot. własna)

 

Na sam koniec zostały najlepsze rzeczy. Jako pierwsze do kieliszka trafiło Árpád-hegy 6 puttonyos Tokaji Aszú 1997. Wiek widać już po bursztynowej barwie, w nosie zaś oprócz typowych dla dojrzałych tokajów nut karmelu, wosku, miodu i orzechów, pojawia się także trochę aromatów moreli i brzoskwinii. W ustach mamy równowagę między świetnie zintegrowaną, acz solidną dawką słodyczy (200 g/l), a świeża, cytrusową kwasowością,  dalej zaznaczają się miód, morele, pigwa, jest tu sporo ciała, wino jest wielowarstwowe, bogate, z długim finiszem. Po prostu rewelacja (ocena: ****/*****). Jako drugie i ostatnie wino tego wieczoru podano Árpád-hegy Aszúeszencia Zafír Hárslevelű 2002. Nieco jasniejsze od poprzednika, z wyraźniejszymi aromatami kandyzowanych i świeżych owoców: moreli, brzoskwini, mirabelek oraz miodu i wosku, w ustach spora koncentracja, znów idealny balans między potężną słodyczą (240 g/l cukru resztkowego), a rześką, cytrusową kwasowością (aż 12 g/l!), z nutami miodu, moreli, mirabelek, delikatnie zaznaczoną orzechowością, propolisem i kandyzowaną skórką pomarańczy. Wspaniałe, wielkie wino, które spokojnie przetrwa kilka kolejnych dekad (ocena: ****/*****).

Tutejsze aszú są po prostu wspaniałe. (fot. własna)

 

Młodość w natarciu – możnaby tak rzec, patrząc na pracę Ádáma. Jest jednym z przedstawicieli pierwszego pokolenia winiarzy, którzy wychowali się już po transformacji ustrojowej, podpatrujących doświadczenia swoich rodziców i probierających nauki za granicą, wnosząc w stare progi winiarni powiew świeżości. I choć tworzy on swoje wina w zgodzie z miejscową tradycją, poszanowując tutejsze terroir, to są one na wskroś nowoczesne, odpowiadające duchowi tych czasów. Kwestią czasu jest, kiedy zyskają sławę nie tylko w kraju, ale także za granicą. Niektórzy z zagranicznych znawców już okrzyknęli Ádáma nowym Szepsym. Talent z pewnością ma, a czy go wykorzysta – o tym przekonamy się w najbliższym czasie. Z całą pewnością nie raz jeszcze o nim usłyszymy.

Wina Árpád-hegyi Pince degustowałem na zaproszenie Ádáma Varkolyego.

Tokajskie babie lato, część I. – Hangavári Pincészet

Jest takie miejsce w tokajskim regionie winiarskim, o którym mało się pisze i mało się słyszy, a tutejsze wina znane są jedynie grupce wtajemniczonych – sprzedaje się je tylko w winiarni. Strategia dość nieoczywista, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy marketing szeptany ustąpił w dużej mierze precyzyjnie wycelowanym i solidnie opłacanym kampaniom medialnym. Ale nie tylko to różni od innych Hangavári Pincészet, średniej wielkości rodzinną winiarnię z Bodrogkisfalud, prowadzona przez Anitę Magyar i jej matkę Katalin Hudácskóné Magyar. Historia tego miejsca zaczęła się w 1975 roku, kiedy János Hudácskó wraz z małżonką zakupili pierwszą parcelę i założyli Hudácskó Pincészet. Przez pierwsze lata zgodnie z zasadami gospodarki planowej musiano sprzedawać większość gron państwowemu kombinatowi, aczkolwiek udawało się zachować niewielką ilość na własne potrzeby, z których oczywiście powstawało wino.

Szukajcie tej tablicy. (fot. własna)

 

Zmiana ustroju i prywatyzacja państwowych gruntów miała zbawienny wpływ na rozwój winiarni. W 1990 roku rozpoczęto budowę budynków, korzystając wyłącznie z własnych środków. Choć proces ten trwał latami, to po dziś dzień rodzina jest dumna z faktu, że potrafiła zrealizować swój plan bez zewnętrznego finansowania i związanych z nim kompromisów. W międzyczasie powiększano obszar nasadzeń poprzez dokupowanie kolejnych działek. Dzięki temu dziś powierzchnia upraw wynosi 18 ha w 6 stanowiskach – Lapis, Somos, Várhegy, Sátor,  Agyag oraz  Alsó-Bea. Po śmierci ojca w 2014 roku pieczę nad powstawaniem win przejęła jego córka – Anita Magyar, która wprowadziła trochę świeżości i nowoczesności w rodzinnym przedsiębiorstwie.

Piwnice pełne wina. (fot. własna)

 

Anita zabrała nas do przepięknej piwniczki, której wnętrza kryją kilkadzięsiąt beczek oraz tysiące butelek wina, których najstarsze pochodzą jeszcze z końca lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Setki aszú, szamorodnich, maślaczy i fordításów mienią się złotą barwą na piękne podświetlonych półkach, tworząc mistyczną wręcz atmosferę – czuć, że trafiliśmy do świątyni wina. A dlaczego można je nabyć tylko na miejscu? Anita chce, żeby konsument zadał sobie trud odkrycia miejsca z którego pochodzi, bo wtedy będzie w stanie je zrozumieć i docenić. Przyznaję, że takie podejście ma głębszy sens, choć stanowi również wyzwanie – trzeba włożyć sporo wysiłku w budowanie i utrzymanie relacji międzyludzkich – by klienci chętniej i częściej wracali, kupując tutejsze wina.

Tokajskie skarby. (fot. własna)

 

Na szczęście z relacjami międzyludzkimi, empatią i gościnnością nie ma tu problemu – Anita zaprosiła nas do sali degustacyjnej, w której czekały już kieliszki. Po kilku winach pojawił się także pyszny, świeży chleb – wypiekany przez matkę Anity. Degustację zaczęliśmy od Hangavari Lapis Furmint 2018 – świeży, lekki, z dominującymi nutami cytrusów, zielonego jabłka, z solidną dawką kwasowości oraz delikatnie zaznaczoną mineralnością (ocena: ***/****). Następnie spróbowaliśmy tegoroczne wino bazowe do musiaka z parceli Várhegy, wciąż mętne, niefiltrowane, z wyraźnymi aromatami grapefruita, cytrusów i papai – już dziś pokazuje potencjał, ciekawe jak się rozwinie po drugiej fermentacji. Hangavári Hárslevelű Száraz 2017 pochodzi w większości z gron zebranych ze stanowiska Lapis, mamy tu sporo nut polnych ziół, brzoskwinii, cytrusów oraz gruszki, lekką pikantność i solidną dawkę kwasowości – czym sprawia dużo przyjemności, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że jest to podstawowe wino producenta (ocena: ***/****).

Klasyczny, owocowy muszkat. (fot. własna)

 

Kolejne wino, czyli Hangavári Sárgamuskotály Száraz 2017 to bomba aromatyczna – mamy tu typowe nuty muszkata, róży, gruszki, polnych kwiatów, lekką kwasowość i delikatną słodycz, co z pewnością spodoba się fanom gatunku (ocena: ***/****). Na nieco wyższy poziom wznosi się Hangavári Furmint Lapis 2017 – dominują tu nuty dojrzałych brzoskwini, gruszek, żółtych jabłek, wyraźnie wyczuwalny jest też wpływ beczki (wanilia) oraz terroir (słona mineralność), a to wszystko świetnie współgra z kremowością i świeżą kwasowością (ocena: ****). Hangavári Száraz Szamorodni 2013 jest bogate w nuty moreli, brzoskwinii, mirabelek, suszonych śliwek, a także miodu, wanili, o świetnej kwasowości i wyraźnej taniczności, z obłędnie długim, owocowym finiszem (ocena: ****). Dekadę starsze Hudácskó Száraz Szamorodni 2003 to już zupełnie inna bajka – charakteryzują je nuty prażonych migdałów, suszonej śliwki, tostu oraz beczki, przy solidnej kwasowości i lekko zaznaczonym cukrem resztkowym (ocena: ***). Rząd win wytrawnych zakończyliśmy Hangavári Furmint Dongó 2013. Mamy tu solidną porcję suszonych śliwek, pikantności, nut beczkowych, słonej mineralności i potężnej, cytrusowej kwasowości – przez co dla wielu może być trudne w odbiorze, ale mnie ono się podoba (ocena: ***/****).

Wytrawny, elegancki furmint z siedliska Lapis. (fot. własna)

 

To był tylko wstęp do bogatej oferty słodkości, których w piwnicy Anity nie brakuje. Hangavári Hárslevelű Félédes 2017 kusi aromatami miodu, moreli, mirabelek, polnych kwiatów, w ustach zaś dominują kandyzowane owoce, a całość posiada świetną równowagę pomiędzy kwasowością i słodyczą. Jedyną rzeczą, która przeszkadza jest nieco wystający alkohol (ocena: ****). Przykładem wymierającej tradycji jest Hudácskó Máslás 2007 – powstałe z zalania osadu po aszú winem wytrawnym. Posiada ono nuty suszonych owoców, miodu, rodzynek, moreli, jest też delikatna słodycz oraz nieprzesadnie wysoka kwasowość, da się wyczuć, że najlepsze lata za nim, ale wciąż trzyma się całkiem dobrze (ocena: ***/****). Ten etap degustacji zamknęło Hangavári Hárslevelű Késői Szüret 2013 o wyraźnych nutach miodu, moreli, brzoskwinii, polnych kwiatów oraz botrytisu, z solidną, acz dobrze zintegrowaną dawką słodyczy i świetną kwasowością, sprawiających, że jest ono niesamowicie pijalne (ocena: ****).

Fordítás, czyli wino z wytłoków po aszú. (fot. własna)

 

Kolejne wino, czyli Hangavári Szamorodni Édes 2013 jest bogate w nudy owocowe: moreli, brzoskwinii, pigwy, mirabelek, a także miodu, botrytisu, z ładną strukturą, z solidną dawką cukru resztkowego i średnią kwasowością – co z resztą nie jest niczym nadzwyczajnym w przypadku tegoż rocznika (ocena: ****). Ciekawiej robi się w przypadku Hangavári Fordítás 2013 – mniej tu świeżych nut owocowych, za to więcej propolisu, wosku, rodzynek, suszonych śliwek, spora słodycz i świetna kwasowość, a na finiszu pojawia się także lekka goryczka. Ekscytujące, skoncentrowane, długie wino (ocena: ****). Płynnie przeszliśmy do kolejnej butelki, która kryła w sobie Hudácskó 5 puttonyos Tokaji Aszú 2006. Wino to zachwyca nutami wosku, suszonych owoców, moreli, brzoskwinii, karmelu, doskonale zintegrowanej słodyczy i potężnej, wibrującej wręcz kwasowości, z lekką nutą mineralną w tle oraz długim finiszem z nutą mirabelek – jest po prostu świetne (ocena: ****/*****).

Wspaniałe, dojrzałe aszú. (fot. własna)

 

Najwięcej działo się jednak na samym końcu, kiedy na stole pojawiły się trzy ostatnie butelki. Hudácsko 6 puttonyos Tokaji Aszú 2007 to dzieło wręcz genialne, mamy tu bujne aromaty cytrusów, miodu, kandyzowanych moreli, mirabelek i pigwy, w ustach ta sama bomba owocowa, wsparta nutami karmelu, skórki pomarańczy, o świetnej koncentracji, potężnej, acz doskonale wtopionej słodyczy i kwasowości, która w normalnym wypadku przyprawiłaby o ból szkliwa – ale nie tu. Po prostu mistrzostwo (ocena: *****). Przy nim osiem lat starsza Hudácskó Tokaji Aszúeszencia to przystojny staruszek, z wyraźnymi nutami karmelu, tytoniu, suszonych owoców, rodzynek oraz orzechów włoskich, o świetnej równowadze między olbrzymią dawką cukru resztkowego, a ostrą jak brzytwa kwasowością i długim, miodowym finiszu. Choć czasu już nie oszuka, to wciąż potrafi (i jeszcze długo będzie mogła) sprawić dużo przyjemności (ocena: ****/*****). Jednak to wszystko zbladło kiedy do kieliszka trafiło Hangavári Tokaji Eszencia 2013. Jest to dotyk absolutu, pokaz winiarskich fajerwerków, aria nut owocowych, ze szczególną dominacją tercetu moreli, brzoskwini oraz pigwy, wspartej nutami kandyzowanych skórek pomarańczy, karmelu, propolisu. Mamy tu potężną koncentrację, olbrzymią wręcz dawkę słodyczy (390 g/l cukru resztkowego), piękną kwasowość i sprawiający wrażenie niekończącego się finisz z nutami mirabelek. Zdecydowanie najlepsze wino całej tokajskiej wyprawy (ocena: *****).

Płynne złoto. (fot. własna)

 

Muszę przyznać – opuszczałem winiarnię Hangavári oczarowany. Nie mogę jednakże zrozumieć, dlaczego tak wspaniałe miejsce wciąż pozostaje nieznanym punktem na winiarskiej mapie regionu. Może to ze względu na bezkompromisowe i nieortodoksyjne podejście właścicieli do kwestii dystrybucji wina, a może ze względu na brak agresywnego marketingu? Trzeba zadać sobie trochę trudu, wsiąść w auto, ruszyć za południową granicę, by odnaleźć perełkę ukrytą w niepozornej uliczce małej węgierskiej wioski. I choć wymaga to czasu i samozaparcia – tutejsze wina wynagradzają to wszystko z nawiązką.

Anita Magyar i jej wspaniałe wina. (fot. własna)

 

W degustacji brałem udział na zaproszenie Anity Magyar.