Tokajskie babie lato, część II. – Bott Pince

Słońce powoli znika za stokami Pogórza Zemplińskiego. Porośnięte winną latoroślą zbocza mienią się feerią barw, od ciemnej zieleni, poprzez żółć, aż po czerwień i jasny brąz. Jesień w Tokaju potrafi być piękna. Siedzimy na werandzie dawnej tłoczni i sączymy sfermentowany sok tej ziemi. Jest z nami Judit Bodó, która nas zabrała do tego magicznego świata. W oddali widać zabudowania Bodrogkisfalud i Olaszliszki, ale są na tyle daleko, by nie zakłócać ciszy tego miejsca. To w niej dostojnie wybrzmiewają słowa winiarki o tym, jak przebyła długą drogę z małej słowackiej wioski, by dziś  tworzyć jedne z najciekawszych, najbardziej poszukiwanych win w regionie.

Winnica Csontos w jesiennych barwach. (fot. własna)

 

A historia zaczęła się w Dunajskiej Stredzie w 1977, gdzie na świat przyszła Judit Bott. Jej rodzina nie miała zbyt wiele wspólnego z winiarstwem, za wyjątkiem dziadka, który – jak spora część mieszkańców tamtych terenów – robił własne (aczkolwiek kiepskiej jakości) wino. On też utyskiwał na fakt, że ma tylko wnuczki, przez co rodowe nazwisko zniknie. Po ukończeniu szkoły średniej w Šamorínie Judit postanowiła kontynuować swoją edukację na Węgrzech, a następnie trafiła do Południowego Tyrolu, gdzie pracowała w dwóch winiarniach. Kiedy tamtejsi właściciele postanowili zainwestować w Tokaju, to naturalną koleją rzeczy trafiła do nowo powstającej winiarni Füleky. Za nią podążył jej przyszły mąż – József Bodó, który również podjął pracę u tego producenta. W 2006 roku założyli rodzinną winiarnię, nazwaną od panieńskiego nazwiska Judit. Początkowe 0,4 ha rozrosło się w ciągu kilkunastu lat do obecnych 7 ha w 6 stanowiskach: Csontos, Előhegy, Határi, Kulcsár, Palánkos oraz Teleki. W 2015 roku zakupili budynek tłoczni, który własnymi środkami wyremontowali – a gdzie tej pory tam mają się odbywać wszystkie degustacje i inne imprezy.

Nasza przewodniczka w swoim żywiole… (fot. własna)

 

Kiedy próbujemy zbotrytyzowanych gron z winnicy Csontos Judit opowiada o tym, jak niedawno zaprosiła tu grupę uczniów ze szkoły z Bodrogkisfalud, by przekonali się jak wygląda praca winiarzy. Jest bardzo zaangażowana w życie lokalnej społeczności, co wzbudza spory szacunek, biorąc pod uwagę fakt, że oprócz zarządzaniem rodzinną winiarnią, przeprowadzaniem degustacji i marketingu, jest także żoną i matką trójki chłopców w wieku szkolnym. Zresztą w trakcie rozmowy co jakiś czas sięga po telefon, by sprawdzić, gdzie akurat znajduje się jeden z potomków. Po obejrzeniu krzewów zjeżdżamy do budynku tłoczni, wyciągamy stół, krzesła, na który trafiają wina z lodówki. Choć nie widać słupów elektrycznych, to jest prąd – gromadzony z energii słonecznej. Do kolejny dowód na to, jak wielkie znaczenie dla państwa Bodó ma samowystarczalność – zarówno w skali mikro, jak i całego świata.

Dawny budynek tłoczni. (fot. własna)

 

A cóż trafia do kieliszków? Jako pierwsze próbujemy Bott Előhegy Furmint 2017. Judit żałuje, że nie ma starszych win do zaprezentowania, ale po prostu wyprzedają się szybko, a rodzina nie robi zapasów. Pieniądze są potrzebne – w ostatnich latach zakup i remont tłoczni pochłoneły sporą część wolnych środków. Jak prezentuje się samo wino? W nosie wyczuwalne są aromaty żółtego jabłka, brzoskwini, polnych kwiatów i mineralność, w ustach na pierwszym planie zaznacza się nuta cytrusów, dalej pojawia się gruszka i zielone jabłko oraz – co niezwykłe – jest tu całkiem sporo tanin, a całość opiera się na solidnej kwasowości i lekko zaznaczonej mineralności. Sporo tu ekstraktu, sporo ciała, ale wino potrzebuje jeszcze czasu, by pokazać pełnie swego potencjału (ocena: ****).

Elegancki, klasyczny furmint. (fot. własna)

 

Drugie z kolei – Bott Teleki Hárslevelű-Furmint 2017 pochodzi z pierwszej parceli Judit, którą zakupili wraz z mężem w prezencie ślubnym. Więcej tu rasowej owocowości, w nosie dominują aromaty brzoskwini, nektarynek, zielonego jabłka, polnych kwiatów i wanilii, w ustach mamy kontynuację – wyczujemy tu nuty brzoskwini, gruszki, zielonego jabłka, jest też świetna, cytrusowa kwasowość, słona mineralność i delikatny cukier resztkowy, który umiejętnie podkreśla soczystość owocu i sprawia, że wino to jest niesamowicie pijalne (ocena: ****/*****). Następne wino, czyli Bott Palánkos Furmint 2017 jest nieco mniej aromatyczne, więcej w nim surowej, mineralnej elegancji. W nosie na pierwszym planie jest właśnie mineralność w formie zapachu mokrych kamieni, dalej pojawia się nieco owocu w formie wanilii, a także trochę aromatów ziołowych. W ustach mamy sporo ciała, nuty jabłka, brzoskwini i mięty, cytrusową kwasowość, słoną mineralność, lekką pikantność oraz delikatną goryczkę na finiszu. Przyjemne, solidne i czyste – jak zresztą każde z win Judit (ocena: ****).

Spora dawka smacznego owocu. (fot. własna)

 

Bott Kulcsár Hárslevelű 2017 pochodzi ze stanowiska o podłożu riolitowym. W nosie mamy sporo aromatów owocowych: brzoskwini, gruszki, zielonego jabłka, oraz typowych dla odmiany nut polnych kwiatów i miodu, oraz wanili. W ustach zdecydowanie dominuje soczyste zielone jabłko, znajdziemy tu również brzoskwinie i gruszkę, jest też świetna kwasowość, słona mineralność, kremowość oraz delikatna nuta wanilii. Finisz długi, z nutą zielonego jabłka. Świetnie zbalansowane, harmonijne, wielowarstwowe wino. (ocena: ****/*****). Bott Határi Hárslevelű-Furmint 2017 oferuje nieco inną stylistykę – w nosie mamy wyraźne nuty mineralne, polnych ziół, mięty oraz zielonego jabłka, w ustach ciut więcej owocowości pod postacią brzoskwinii, gruszki, opartych o cytrusową kwasowość i słoną, krzemową wręcz mineralność, a na finiszu zaznacza się migdałowa goryczka (ocena: ****). Ostatnie z wytrawnych win – Bott Csontos Furmint 2017 charakteryzuje się aromatami gruszki, zielonego jabłka oraz cytrusów, w ustach na pierwszym planie mamy świeżą, cytrusową kwasowość, sporo nut owocowych: gruszki, jabłek, brzoskwinii i moreli, a także wyraźnie zaznaczoną mineralność i taniny. Na długim finiszu dominuje nuta gruszki (ocena: ****/*****).

Hárslevelű z wielkim potencjałem. (fot. własna)

 

Spróbowaliśmy również dwóch słodkich win – jednego z późnych zbiorów, oraz drugiego – aszú.  Bott Bott-rytis 2016 to kupaż furminta, hárslevelű i sárgamuskotály z gron zebranych w winnicy Csontos. W nosie wyczuwalne są aromaty moreli, brzoskwinii, winogron, nektarynek, podobnie jest w ustach, gdzie również mamy sporo nut moreli, brzoskinii, gruszki, dalej pojawia się miód i nuta mirabelek, sporo tu słodyczy (niecałe 105 g/l), dla której przeciwwagę stanowi przyjemna, cytrusowa kwasowość. Wyjątkowo pijalne, przyjemne słodkie wino z późnych zbiorów (ocena: ****/*****). Jedyny minus – malutka (0,375 l) butelka. Ostatnie wino, czyli Bott Tokaji Aszú 2013 również trafiło do szkła o małej pojemności, które, choć wygląda efektywnie, wciąż jest o ¼ mniejsze od normalnych, półlitrowych butelek. Tu w nosie wyczuwalne są morele, brzoskwinie, botrytis, miód lipowy, umami, prażone orzechy, zaś w ustach na pierwszym planie dominuje potężna, miodowa słodycz (243,9 g/l cukru reszktowego), sporo jest też nut moreli, pigwy, brzoskwini, dalej pojawia się propolis i wosk, a także delikatnie zaznaczona mineralność. Jedyne na co utyskiwałem to trochę zbyt niska kwasowość (7,5 g/l), która nie balansuje dostatecznie słodyczy, przez co wino wydaje się nieco ociężałe, za co zresztą dostałem burę od Judit, która gotowa jest bronić każdej swojej butelki, niczym matka swoich dzieci… Pomimo tego małego niedostatku to aszú jest nieskończenie długie, krągłe i po prostu wspaniałe (ocena: ****/*****).

Wspaniałe, nieszablonowe aszú. (fot. własna)

 

Choć Judit nie mówi o filozofii, to samowystarczalny styl życia, ekologia, zrównoważony wzrost i lokalna społeczność to pojęcia, które są jej wyjątkowo bliskie. Bardzo ważną rolę widzi w edukacji i osobistym doświadczaniu wrażeń – dlatego właśnie do winnicy zaprasza dzieci z lokalnej szkoły, by wzięły udział w zbiorach, tu, w budynku tłoczni organizuje degustacje, by pozwolić ludziom zbliżyć się do natury. Bierze udział w licznych przedsięwzięciach charytatywnych i zbiórkach funduszy dla lokalnej społeczności. Chce sprawić, by miejsce, w którym żyją stało się lepsze, by ludzie nie musieli wyjeżdżać z regionu, bo jest w nim potencjał dla każdego – w tym jej własnych dzieci. A jej wina tylko udowadniają, jak bardzo ma w tym wszystkim rację.

Wina, dla których warto wracać. (fot. własna)

 

W degustacji brałem udział na zaproszenie Judit Bodó.

2 thoughts on “Tokajskie babie lato, część II. – Bott Pince

  1. Wspaniale że tak profesjonalne opisujecie wina i ich produkcję. Ja spotykam się tylko z pytaniami od turystów jakie wino im polecam i Wasza opinia i praca mi w tym będzie pomocna.

Możliwość komentowania jest wyłączona.