Domaine des Croix Beaune Les Cents Vignes Premier Cru 2015 – cudowny pinot z burgundzkiego matecznika

Ostatnimi czasy dość często zapuszczam się w tereny winiarsko dla mnie mniej znane, próbując zaspokoić głód wiedzy, który rozbudziłem zapisując się na kurs WSET 3. I choć wyprawy te są czysto wirtualne, zarówno ze względu na panujący lockdown, jak i względy finansowe – to sprawia mi olbrzymią przyjemność odkrywanie klasycznych win Starego Kontynentu. Wielu pewnie powie – przecież to zgrana karta, drożyzna, jest wiele znacznie bardziej niepretensjonalnych miejsc – i będą mieli rację. Jednak winiarskiej przygody nie powinno się ograniczać do jednego miejsca, regionu, bo świat jest tak bogaty i piękny, że warto spróbować tego, co inni chwalą od dziesięcioleci. W końcu życie jest zbyt krótkie, by pić złe wino. Dlatego też korzystając z covidowych wyprzedaży, sięgnąłem po butelkę pinot noir z burgundskiej winiarni Domaine des Croix. Jest to niezbyt duże (7,75 ha) gospodarstwo z siedzibą w Beaune, do którego przynależą winnice w kilku parcelach we wsiach Savigny-les-Beaune oraz Aloxe-Corton, w tym kilka premier cru oraz grand cru Corton oraz Corton Charlemagne. Stosunkowo młoda, bo założona w 2005 roku winiarnia powstała na bazie dawnej Domaine Duchet, która została zakupiona przez grupę amerykańskich inwestorów pod przewodnictwem młodego francuskiego enologa – Davida Croixa. To on odpowiada za produkcję win. Uprawy prowadzone są w sposób ekologiczny (bez certyfikatu), zaś proces winifikacji odbywa się z minimalną ingerencją winiarza. Wina dojrzewają młodych oraz używanych beczkach.

Klasyczny burgund w pełnej krasie. (fot. własna)

Domaine des Croix Beaune Les Cents Vignes Premier Cru 2015 ma wszystko, czego oczekiwalibyśmy od solidnej burgundzkiej czerwieni, zwłaszcza ze stanowiska klasy premier cru. Barwa rubinowa, średniogłęboka, czysta. W nosie znajdziemy bogatą paletę aromatów owocowych: wiśni, czereśni, maliny, żurawiny, wspartych beczką (gałka muszkatołowa, tost, dym) oraz śladami dojrzewania: skóry i ziemistości. Usta bogate, z solidną, choć jak na pinotowe standardy nieprzesadną kwasowością, ładnie wtopionym alkoholem, gładką, elegancką taniną oraz nutami wiśni, czereśni, malin, czerwonej porzeczki, żurawiny, a także ściółki leśnej, mokrej ziemi, igliwa, wanilii oraz przypraw korzennych. Finisz średniodługi, z dominacją czerwonych owoców. Jeszcze dość młode, ale pokazujące wysoką jakość i spory potencjał dojrzewania. Ocena: **** (90/100 pkt). Cena: 10390 HUF (129,50 PLN). Szkoda, że takie wina trafiają na rynek wcześnie, często wręcz za wcześnie – niestety, ekonomii się nie oszuka. Wielu kupuje je jako inwestycje, być może wypatrzając prawdziwy sens istoty wina. Cóż – w ostatecznym rozrachunku to produkt, jak każdy inny. A Burgundia – jak nigdy dotąd, jest w cenie.

Źródło wina: zakup własny w węgierskiej sieci winotek Bortársaság

Levente Szőlőbirtok és Pince – z wizytą w piwnicy wikinga z Mátry

Od dawna chciałem odwiedzić Mátrę. Ten drugi pod względem nasadzeń upraw region Węgier oferuje niezwykle bogactwo stylów i smaków w szerokiej skali jakościowej. Znajdziemy tu zarówno proste, aromatyczne biele, jak i poważne, mocarne czerwienie. Ze względu na charakter zdecydowanie więcej jednak tych pierwszych, które w sporej ilości trafiają na supermarketowe półki. Te – z wiadomych względów nieco mniej mnie interesują. Dlatego też gdy nadarzyła się okazja, z rodziną odwiedziłem miejscowość Abasár, a w niej piwnicę Levente Majora, wikinga z Mátry, który w cywilu, poza robieniem wina piastuje funkcję dyrektora miejscowej szkoły, a stylem bycia i wyglądem przypomina prawdziwego rockera. O jego winiarni – Levente Szőlőbirtok és Pince pisałem już przy okazji jednego z degustowanych win, w skrócie więc przypomnę najważniejsze fakty – pierwszą parcelę Levente zakupił w 2004 roku, zaś od 2016 roku całość upraw (3 ha) prowadzona jest organicznie.

Groźna twarz wikinga z Mátry. (fot. własna)

Z Levente spotkałem się pod jego piwnicą w centrum Abasár. Uśmiechnięty, pogodny olbrzym z długimi włosami i pokaźną brodą zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Zamieniliśmy kilka zdań, po czym zeszliśmy w dół, by spróbować skarbów z jego kolekcji. Ma on bardzo jasną i klarowną filozofię produkcji – jak najmniej interwencji, zero siarki, długie dojrzewanie w beczkach, często z użyciem osadu i powolne wprowadzanie win na rynek. Nie musi się specjalnie martwić o rynek zbytu, większość butelek trafia na eksport do Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i innych krajów Zachodniej Europy, a także do czołowych miejscowych restauracji. Dalekosiężnym celem jest wprowadzenie win do karty najlepszej restauracji świata – Nomy.

Próbujemy win prosto z beczki. (fot. własna)

Degustację zaczęliśmy od Levente Pét-Nat 2019. Powstał on z owoców różnych odmian winogron, zebranych i fermentowanych razem. Maceracja trwała tydzień, zaś zabutelkowano go z 11 g/l cukru. W efekcie otrzymujemy musiaka o mętnej, bursztynowej barwie, aromatach gruszek, żółtych jabłek, pigwy i chryzantem. W ustach wytrawne, o wyraźnej kwasowości, delikatnym musie i nutach soczystych żółtych jabłek i gruszek. Nieskomplikowane, ale za to niezwykle smaczne! Ocena: *** (87/100 pkt). Drugie z win – Levente Olaszrizling 2017 to jedyne wino z tej odmiany z tego rocznika, gdyż zbiory nie dopisały. Posiada ono jasnozłotą barwę, w nosie jeszcze dość zamknięte, z czasem otwiera się i pokazuje piękne aromaty polnych kwiatów, ziół, gruszkek, jabłek oraz cytrusów. W ustach półwytrawne (15 g/l cukru resztkowego), ze sporym ciałem, nutami żółtych jabłek, kwiatów, gruszek, ziół i sporą kwasowością. Krągłe, eleganckie, z dużym potencjałem. Ocena: ***/**** (88/100 pkt).

Upcycling. (fot. własna)

Następnie miałem przyjemność skosztować Levente Olaszrizling Batonnage Saár 2016. To jedno z ostatnich win z tego rocznika w piwnicy, większość trafiła już do odbiorców, w dużej części za granicę Węgier. Jest to także ostatnie wino producenta, które powstało z dodaniem siarki. Mamy tu złotą barwę, aromaty rumianku, brzoskwini, gruszki, tymianku oraz miodu. W ustach soczyste, o świetnej kwasowości, słodkich nutach brzoskwini i żółtych jabłek, a także polnych kwiatów, ziół i kremowej teksturze. Skoncentrowane, złożone, świetne. Ocena: **** (90/100 pkt). Po nim nadeszła kolejn na dwie próbki olaszrizlinga z różnych beczek z 2018 roku. Pierwsza z nich Levente Olaszrizling 2018 – to klasyczne białe wino, o bladozłotej barwie, aromatach chryzantem, tymianku, goździków i cytrusów.  W ustach jest ono ekstraktywne, bogate, z nutami cytrusów, polnych kwiatów, gruszek oraz przypraw korzennych, o świetnej kwasowości, kremowej teksturze i długim finiszu. Świetne, choć to wciąż niemowlak. Ocena: **** (91/100 pkt).

Widok na góry Mátra. (fot. własna)

Drugi przedstawiciel rocznika 2018 – Levente Olaszrizling 2018 (6 tygodni maceracji) posiada złotą barwę, jeszcze fermentuje (sic!), charakteryzuje się aromatami chryzantem, gruszek, cytrusów i miodu. W ustach wyraźna słodycz, nuty cytrusów, moreli, miodu, brzoskwini, niesamowicie soczyste i pijalne,  ale jednak to nie jest gotowe wino. W takim stanie nie wypada go jeszcze oceniać, choć widzę przed nim świetlaną przyszłość. Jako ostatnia w kieliszku pojawiła się czerwień – Levente Kékfrankos 2016. Posiada ona purpurową barwę, w nosie zaś dominują nuty wiśni, czereśni, czerwonych śliwek, przypraw korzennych oraz wanilii. W ustach mamy świetną kwasowość, pulsującą wręcz owocowość spod znaku wiśni, czereśni, śliwek, a także ziemistość, lekką pikantność i sporo ciała. Najlepsze wino całego wieczoru! Ocena: **** (92/100 pkt).

Winnice na górze Saár. (fot. własna)

Kilka dni po mojej wizycie u Levente okazało się, że już wkrótce (być może jeszcze przed końcem roku) jego wina pojawią się w ofercie polskiego importera. To bardzo dobra wiadomość, gdyż dobrych win z Mátry u nas nie za wiele, a dobrych naturalnych win z tej części kraju nie ma jeszcze w ogóle. Warto ich spróbować, bo pokazują, że nie trzeba wielkich nakładów, kosmicznej technologii, ani świetnego marketingu, by stworzyć coś niesamowicie smacznego i tak bliskiego naturze.

W winiarni Levente Szőlőbirtok és Pince degustowałem na zaproszenie Levente Majora. Do Abasár podróżowałem na koszt własny.

Chateau Isolette – francuskie wina z polską duszą

Koniec lata i początek jesieni sprzyja refleksjom. Przywołujemy wspomnienia minionych ciepłych miesięcy i miejsc, które odwiedziliśmy w trakcie wakacji. Niestety wielu z nas ze względu na panujące w tym roku okoliczności nie było w stanie wyruszyć w drogę, czy to ze względów finansowych, jak i też zamkniętych granic. Na szczęście wina, które spożywamy dość często odzwierciedlają charakter miejsca, w którym powstają, dzięki temu przynajmniuej przez chwilę możemy się poczuć, jakbyśmy tam byli. Tym razem przenosimy się więc do południowej Francji, a dokładniej położonej na południowym skraju Doliny Rodanu apelacji Luberon, w której siedzibę ma winiarnia Chateau Isolette, należąca do polskich właścicieli. Winnice położone w okolicy miejscowości Apt rozciągają się na 45 hektarach, w samym środku Regionalnego Parku Naturalnego Luberon, na glebach wapiennych, piaszczysto-gliniastych i piaszczystych. Uprawia się typowe odmiany dla Doliny Rodanu i Prowansji: syrah, grenache noir, mourvèdre, cinsault, grenache blanc, clairette, viognier i bourboulenc, a także światowe: chardonnay, cabernet sauvignon i merlot. Oferta producenta liczy kilkanaście pozycji, ja zaś spróbowałem 6 z nich – jednej bieli, dwóch róży i trzech czerwieni.

Przyjemny, nietypowy viognier. (fot. własna)

Chateau Isolette Viognier 2018 (IGP Vauclause) pokazuje zupełnie inną twarz odmiany, niz ta, do której przywykliśmy z innych okolic Doliny Rodanu. Posiada bladożółtą barwę, w nosie wyczuwalne są aromaty jabłek, gruszek, cytrusów, polnych kwiatów i ziół. W ustach średniozbudowane, z wyraźnym ziołowo-kwiatowym charakterem, przyzwoitą kwasowością i delikatną nutą owoców: jabłka, gruszki, pigwy i pomarańczy. Nie jest szczególnie głębokie, ale odświeżające i po prostu smaczne. Ocena: *** (86/100 pkt). Cena: 42 PLN. Chateau Isolette Marius Rosé 2019 (AOP Luberon) to kupaż grenache noir (60%) i syrah (40%). Charakteryzuje je bladoróżowa barwa, pachnie zaś truskawkami, czerwonymi jagodami, malinami i płatkami róży. W ustach stosunkowo lekkie, z przyzwoitą kwasowością,  nutami czerwonych porzeczek, truskawek, malin i kremową teksturą. Przyjemne, lekkie wino, które umili niejeden wieczór. Ocena: *** (85/100 pkt). Cena: 34 PLN.

Niezły, soczysty róż. (fot. własna)

Drugi z róży – Chateau Isolette Ondine Rosé 2019 (AOP Luberon) powstał w odwróconych proporcjach do poprzednika – dominuje syrah (60%), którego uzupełnia grenache noir (40%). Wyraźnie wyczuwalny jest także późniejszy moment zbiorów, co windać także w nieco wyższym poziomie alkoholu. Znajdziemy tu delikatną, jasnoróżnową barwę, aromaty truskawek, poziomek oraz kompotu z malin. W ustach nieco mocniej zbudowane od pierwszego różu, z niezbyt wysoką kwasowością, nutami poziomki, truskawki, a także delikatnie wystającym alkoholem i goryczką. Przyzwoite wino, które wymaga dość niskiej temperatury podania. Ocena: **/*** (83/100 pkt). Pierwsza z czerwieni – Chateau Isolette Cuvée Prestige 2016 (AOP Luberon) to mocno zbudowana czerwień (syrah 80%, grenache noir 20%), o ciemnopurpurowej barwie, aromatach śliwki, owoców leśnych, świeżo prażonej kawy, wanili i czekolady. W ustach gęste, skoncentrowane, o wyraźnych nutach wiśni, jeżyn, borówki i śliwki, a także czekolady, wanili oraz czarnego pieprzu. Potężne taniny z upływem czasu łagodnieją. Finisz średniodługi, z tytoniowym posmakiem. Ocena: *** (86/100 pkt). Cena: 38 PLN.

Mało tradycyjny kupaż. (fot. własna)

Chateau Isolette Cuvée Tradition 2015 (IGP Vaucluse), to kupaż nieco mniej typowych w tych obszarach odmian cabernet sauvignon i merlota (w proporcjach 60%/40%), dojrzewających przez 18 miesięcy w nowych beczkach dębowych. Cechuje je purpurowa barwa, aromaty tytoniu, wanilii, drewna, spod których po pewnym czasie przebija się jeżyna, czarna porzeczka i dojrzałe wiśnie. W ustach potężne, gęste, ze sporą koncentracją, dość surowymi taninami, średnią kwasowością oraz nutami wiśni, jeżyn, tarniny, śliwy, tytoniu i czekolady. Niektórym będzie przeszkadzać nieco przerysowana beczkowość, lecz z czasem wychodzi spod niej soczystość owocu. Ocena: *** (85/100 pkt). Cena: 44 PLN. Ostatnia butelka, to Chateau Isolette La Bohème 2015 (AOP Luberon). Powstało z syrah (70%) oraz grenache noir (30%) i dojrzewało w dębowych beczkach. Posiada ciemnopurpurową barwę, w nosie znajdziemy aromaty wiśni, czereśni, śliwki, czekolady, tytoniu i lukrecji. W ustach znajdziemy sporo ekstraktu, wysoką, szorstką taninę, mocno wyczuwalny alkohol (14%), a także wanilię, czekoladę, tytoń, czarny pieprz, spod których po chwili wyłaniają się nuty wiśni, czereśni, jeżyn i borówek. Wyraźnie brakuje kwasowości, która nadała by mu nieco werwy, bo owoc sprawia wrażenie soku wysokiej jakości. Ocena: *** (87/100 pkt). Cena: 58 PLN.

Poważna, solidna czerwień. (fot. własna)

Chateau Isolette sprawia wrażenie przemyślanego, rozsądnie prowadzonego biznesu, szczególnie, jeśli popatrzymy na schludny, spójny design, dobrze wykonaną szatę graficzną strony i w miarę przystępne ceny. Jedyne czego nie mogę do końca zrozumieć, to dość ciężkie butelki, które w przypadku producenta chwalącego się poszanowaniem środowiska naturalnego są nie do końca potrzebnym rozwiązaniem i dodatkowym kosztem (transport też generuje zanieczyszczenia i wyższe koszty). Mimo tego, te wina w chłodne jesienne i zimowe dni z pewnością pozwolą nam przenieść się duchem w ciepłe strony południowej Francji, by pomóc zapomnieć o nieszczególnie radosnej rzeczywistości, w której się znaleźliśmy.

Wina otrzymałem do degustacji od producenta – Chateau Isolette. Wina w podanych cenach można zamówić na stronie producenta.