Cuvée czy szamorodni? – István Szepsy w poszukiwaniu własnego stylu

Lata 90. ubiegłego stulecia były czasem wielkich zmian w tokajskim winiarstwie. Z lat siermiężnego socjalizmu producenci odziedziczyli nie tylko ledwo dyszące gospodarstwa, ale także nieprzystające do nowych realiów przepisy oraz style win, które nijak miały się do aktualnych trendów panujących na rynku. Na szczęście mieli wiedzę, jak ten stan zmienić, przeforsowując zmiany, które na dobre miały ukształtować oblicze tutejszego winiarstwa. Jednym z motorów przemian był legendarny István Szepsy, już podówczas znany winiarz z Mád. W 1990 roku wraz z kilkoma miejscowymi winogrodnikami dołączył do Royal Tokaji, gdzie przyczynił się do ukształtowania współczesnego stylu win aszú. Po długich bojach z tradycjonalistami udało się wypracować nowe przepisy, ukoronowane nową ustawą winiarską z 1991 roku, która zakazywała m.in. dodawania alkoholu do fermentującego wina. Przez długie lata nie udało się natomiast dopracować zapisów odnoszących się innych gatunków słodkich tokajów, skutkiem czego była olbrzymia jakościowa oraz stylistyczna przepaść pomiędzy aszú a innymi winami słodkimi.

Kawał historii. (fot. własna)

Dostrzegając ten problem Szepsy postanowił stworzyć coś nowego – tak powstało jego cuvée. W zamyśle autora miało ono być tańszą, lżejszą, bardziej owocową alternatywą dla drogiego i stosunkowo rzadkiego aszú. Zresztą ówczesne przepisy nie pozwalały na dopuszczenie go do kategorii szamorodni, przede wszystkim ze względu na zbyt małą ilość alkoholu i krótkie dojrzewanie w beczce. Ostateczny impuls do powstania pierwszego z nich dała natura – w 1999 roku warunki klimatyczne pozwoliły na zebranie rekordowej ilości częściowo zbotrytyzowanych gron, które postanowiono wykorzystać tworząc nieco tańsze i bardziej dostępne słodkie wino. Lekki, owocowy, a zarazem niesamowicie skoncentrowany kupaż natychmiast zyskał świetne recenzje na rynku. I choć nie przełożyło się to na wyniki sprzedażowe, stał się on z miejsca drugą, słodką etykietą producenta. Szepsy nie przestał jednak poszukiwać swej niszy – i znalazł ją po kilku latach właśnie w postaci szamorodnich. Potrzebował tylko czasu i odpowiednich warunków, by uzyskać dla nich pozytywną ocenę komisji dopuszczającej wina do sprzedaży. Równocześnie cuvée zaczęło schodzić na drugi plan, by po kilku latach całkiem zniknąć z produkcji.

 Gergely opowiada o ewolucji stylu w winach Szepsyego. (fot. własna)

Ów czas poszukiwań przybliżył Gergely Ripka, autor przewodnika Tokaj Guide i niestrudzony piewca tamtejszych win. Poprzez siedem butelek przedstawił ewolucję stylu od wczesnych cuvée po szamorodni, jakie znamy dziś. Podróży w czasie towarzyszyły wspaniałe przekąski z rąk Zity Pancsovay, twórczyni budapesztańskiego studia kulinarnego Borganika. Jako pierwsze do kieliszków trafiło Szepsy Szamorodni 2009. Choć najmłodsze, to już widać po nim dekadę dojrzewania i ewolucji. Posiada jasnobursztynową barwę, w nosie wyczuwalne są aromaty moreli, brzoskwini, miodu, suszu owocowego, botrytis oraz delikatna lotna kwasowość. W ustach mamy za to skoncentrowany nektar, z soczystą, morelowo-pigwową owocowością, doskonale zrównoważoną, zintegrowaną słodyczą (170,2 g/l) oraz świeżą, cytrusową kwasowością (7,6 g/l). Znajdziemy tu także nuty propolisu, wyraźne taniny oraz słoną mineralność. Wielowarstwowe, złożone, niemalże nieskończenie długie wino, koncentracją dorównujące poważnym aszú. Ocena: ****/*****.

Klasyka gatunku. (fot. własna)

Z kolejną butelką przenieśliśmy się 3 lata w przeszłość. Szepsy Szamorodni 2006 posiada głęboką bursztynową barwę, w nosie sporo nut suszonych owoców, botrytisu i miodu, są też grzyby i wanilia. W ustach brakuje mu jednak równowagi poprzednika, nieco wystaje alkohol (aż 14%), znajdziemy tu oczywiście sporą słodycz, ładną kwasowość, brzoskwinową owocowość, propolis i nieco aptecznej goryczki. Solidne, ale bez fajerwerków. Ocena: ***/****. Szepsy Szamorodni Dániel 2003 to pierwsze w historii winiarni wino w tej kategorii, nazwane po urodzonym w tym samym roku wnuku Istvána. Posiada bursztynową barwę, więcej tu aromatów ziołowych, fiołków, suszu owocowego, herbaty, w ustach krągłe, z dobrze zintegrowaną słodyczą i żwawą, wibrującą wręcz kwasowością (7,8 g/l), wyraźnymi nutami suszonej brzoskwini, pigwy i lekką pikantnością. Piękne wino, zwłaszcza patrząc na jego wiek. Ocena: ****.

Ostatnie cuvée i koniec pewnej epoki. (fot. własna)

Następnie nadeszła pora na Szepsy Cuvée 2007 – ostatnie wino, które powstało w tej kategorii. Jest to kupaż furminta, hárslevelű i sárgamuskotály – w proporcjach 30-40-30%. W stylu przypomina ówczesne szamorodni, co też przypieczętowało jego los – nie było już sensu produkować dwóch podobnych do siebie, różniących się tylko nazwą win. Posiada bursztynową barwę, w nosie wyczuwalne są nuty prażonego karmelu, fiołków, ziół i nieco suszu owocowego. W ustach zaś oleiste, gęste, z potężną słodyczą (142 g/l cukru resztkowego) i wyraźnie wyczuwalną taniną, znajdziemy tu także suszone daktyle, pigwę i morele, a na finiszu delikatną goryczkę. Trochę więcej kwasowości dałoby mu lepszą równowagę, ale to drobiazg, który nie wpływa szczególnie na odbiór tego pięknego, dojrzałego wina. Ocena: ****.

Świetne wino z wielkiego rocznika. (fot. własna)

Następne w kolejce – Szepsy Cuvée 2003 okazało się jednym z najpiękniejszych win całej degustacji. Powstało z tych samych odmian, w identycznych proporcjach jak wersja z 2007 roku. Posiada ciemnobrązową barwę, w nosie wyczuwalne są aromaty rodzynek, suszonych śliwek, herbaty, orzechów oraz wanilii. W ustach również mocno ewoluowane, z nutami orzechów, miodu, suszonych moreli, skórki mandarynki i propolisu, z lekką tanicznością, piękną, doskonale zintegrowaną słodyczą (aż 180 g/l cukru resztkowego!) oraz świeżą kwasowością. Wielowarstwowe, eterycznie, przepiękne wino. Ocena: *****. Przy nim rok starsze Szepsy Cuvée 2002 wydaje się o wiele mniej żwawe. Kolor ciemnobrązowy, w nosie aromaty dżemu z moreli i brzoskwini, rodzynek oraz wyraźnie wyczuwalna lotna kwasowość. W ustach znajdziemy nuty przegotowanych śliwek i moreli, miód, piękną słodycz i solidną kwasowość, dalej orzechy, wanilię i lekką goryczkę. Ciekawe, aczkolwiek da się wyczuć, że wkroczyło już w fazę schyłkową. Ocena: ****.

Dotyk absolutu. (fot. własna)

Prawdziwą perłą okazało się najstarsze wino – Szepsy Cuvée 2000. Posiada ono ciemnobrązową barwę, w nosie wyczuwalne są aromaty karmelu, rodzynek, suszonych owoców, skórki mandarynki, prażonych orzechów oraz śladowa ilość wanilii. W ustach niesamowicie skoncentrowane, oleiste, gęste, o obezwładniającej słodyczy (212 g/l cukru resztkowego!) oraz doskonale balansującej ją, ostrej jak brzytwa kwasowości (8,45 g/l). Sporo tu czystych nut owocowych pod postacią pigwy, brzoskwini i moreli, jest też miód i propolis, umami oraz suszone śliwki. Absolutny etalon win słodkich, nieskończenie długie i złożone wino, które w niczym nie ustaje nawet najlepszym aszú. Ocena: *****.

Gergely i Zita stanowią zgrany duet. (fot. własna)

Degustacja potwierdziła znaną od dawna tezę – István Szepsy jest niekwestionowanym królem tokajskich win słodkich. Zarówno aszú, szamorodni, jak i cuvée stanowią niedoścignione wzory dla innych producentów w regionie. Co ważne, o ich jakości dowodzi fakt, że po upływie kilkunastu lat wciąż są w świetnej formie. Doskonale zagrały także z podanymi przekąskami –  zarówno rilettes z kaczki, jak i faszerowane kozim serem grzyby świetnie sprawdziły się w parze z szamorodnimi, natomiast czekoladowe brownie idealnie skomponowało się z najstarszym cuvée. Wielka w tym zasługa szefowej kuchni – która mając tylko słowne instrukcje (gdyż win nie dało się wcześniej spróbować) stworzyła wpaniałe menu degustacyjne.

W degustacji brałem udział na zaproszenie Gergelya Ripki.

Tropami tokajskiej legendy – niezapomniany wieczór z furmintami Úrágya z winiarni Szepsy i Királyudvar

Osiemnaście lat temu w piwnicach Királyudvar powstało wino, które wyznaczyło granicę nowej ery w Tokaju. Stanowiło ono kamień milowy, początek epoki wytrawnych furmintów i hárslevelű, które szybko zdobyły uznanie krytyków i zwykłych konsumentów na całym świecie. Ale wcale nie musiało tak być – moszcz z należącej do rodziny Szepsych parceli Úrágya miał trafić do aszú jako wino bazowe, acz szczęśliwym zrządzeniem losu powstało go zbyt dużo, więc nadwyżkę postanowiono oddzielnie zabutelkować. Po 2 latach od zabutelkowania zauważono, że posiada wyjątkowe bogactwo aromatów i smaków, niespotykane w powstających dotychczas raczej eksperymentalnie winiach wytrawnych.

Legendarne wino w pięknej oprawie… (fot. własna)

 

Minęły niemalże dwie dekady, a ów furmint, stworzony przez dwóch demiurgów tokajskiego winiarstwa – Zoltána Demetera i Istvána Szepsyego obrósł legendą, jako prototyp, praojciec wszystkich jednosiedliskowych, terroirytycznych win z regionu. Kiedy przydażyła więc okazja – być może jedna z ostatnich – na spróbowanie go, musiałem z niej skorzystać. Komentowana degustacja „Szepsy Úrágya 2000-2015, prawdziwa historia furminta-legendy” została zorganizowana przez Gergelya Ripkę, znanego przede wszystkim jako autora przewodnika Tokaj Kalauz oraz bloga Táncolo Medve. W pięknej scenerii salonu Villi Bagatelle zaprezentował on osiem win powstałych między 2000 a 2015 rokiem z gron zebranych z stanowiska Úrágya.

Historię furminta z parceli Úrágya przybliżył Gergely Ripka (fot. własna)

 

Zanim jednak z szczęśliwą dwunastką towarzyszy zabraliśmy się do degustacji owych znakomitości, do kieliszków trafił Hiteles Literes Furmint 2017 od Lajosa Takácsa. Ten znany niegdyś z wspaniałych szomlońskich arcydzieł winiarz po śmierci brata wrócił w rodzinne strony, zaklinając się jednak, że nie wróci do winiarstwa. Przeznaczenie było jednak silniejsze, i Lajos od jakiegoś czasu współpracuje z Gézą Lenkeyem, ale tworzy też wina pod własną etykietą. Hiteles Literes (tł. Uczciwy Litrowy) to 100% furmint, który fermentował i dojrzewał w stalowych tankach, zachowując owocową świeżość. Posiada jasnozłotą barwę, w nosie wyczuwalne są aromaty gruszki, zielonego jabłka i mokrej skały, w ustach czysta nuta gruszkowa, białe jabłko, słona mineralność, wszystko to oparte na solidnej kwasowości i podsypane szczyptą białego pieprzu (ocena: ****).

Solidny furmint od Lajosa Takácsa (fot. własna)

 

Właściwa część degustacji zaczęła się od Szepsy Úrágya Furmint 2015. Jest to wino o jasnozłotej barwie, w nosie dominują aromaty wanili, dalej pojawia się pigwa, gruszka, miód i kremowość, w ustach swoją obecność wyraźnie zaznacza słona mineralność oraz potężna, cytrusowa kwasowość, zaś w tle mamy nuty białego pieprzu, mięty i brzoskwinii. Dość mocno wyczuwalny alkohol, sporo ciała, jeszcze potrzebuje czasu, by pokazać pełnie formy (ocena: ****). Dwa lata starsze Szepsy Úrágya Furmint 2013 ukazuje jeszcze bardziej surowe oblicze – mamy tu złotą szatę, w nosie dominują nuty białego pieprzu, wanilii, suszonych śliwek, prażonej kawy oraz brzoskwinii, zaś w ustach na pierwszym planie mamy suszone owoce: śliwki, morele, brzoskwinie, dalej gruszkę i zielone jabłko, wszystko to jednak przesłonięte potężną kwasowością i sporym alkoholem, na samym końcu pojawia się słona nuta mineralna. Sporo ciała, sporo beczki, ale jakby brakowało tu nieco balansu. (ocena: ****).

Klasyka spod ręki Istvána Szepsyego (fot. własna)

 

Kolejne wino, czyli Szepsy Úrágya Furmint 2011 to chyba najbardziej udana butelka od czasów Királyudvaru. Charakteryzuje ją złota barwa, w nosie czarują aromaty miodu, suszonych owoców, wyraźnie zaznacza się także kremowość i mineralność. W ustach mamy wino krągłe, wręcz oleiste, z nutami suszonych moreli i brzoskwinii, polnych ziół, gruszki, z średnią kwasowością, delikatną goryczką i niewielkim, acz wyczuwalnym cukrem resztkowym. Kompleksowe, eleganckie, długie wino w szczycie formy (ocena: ****/*****). Zupełnie inny jest natomiast Szepsy Úrágya Furmint 2009 – tu doskonale widać nieubłagany upływ czasu. Posiada ono głęboki, złoty kolor, nos na samym początku „zaatakował” smrodkiem siarki i kiszonej kapusty, by po dłuższym utlenieniu ujawnić nuty prażonych orzechów oraz mokrej skały. Usta pełne są słonej mineralności, prażonych orzechów, karmelu oraz umami, wsparte świężą kwasowością i solidną dawką alkoholu. Być może po godzinie lub dwóch pokazałoby nieco więcej potencjału, ale na dziś nie jest to wino, którym można się zachwycać (ocena: ***).

Furmint potrafi pieknie się starzeć (fot. własna)

 

Z kolejną butelką cofnęliśmy się o dwa lata. Szepsy Úrágya Furmint 2007 posiada jasnobursztynową szatę, w nosie rządzi tarte jabłko, mamy też suszone owoce, miód i oksydację – niestety widać, że ta butelka również przegrała z upływem czasu. Usta również nie zachwycają – nie ma tu zbyt wiele kwasowości, dominują nuty tartego jabłka i miodu, jest trochę dżemowości, lekka pikantność, a w tle migocze gdzieś morela. I to by było na tyle, niestety czas nie był dla tego wina łaskawy (ocena:***). Rok starsze Szepsy Úrágya Furmint 2006 okazało się jeszcze słabsze. Jasnozłote w barwie, w nosie na pierwszym planie zaznacza się tarte jabłko, dalej mamy suszoną śliwkę i nuty białego pieprzu, w ustach zaś dominują typowe nuty oksydacji: tarte jabłko, susz owocowy, orzechy, jest też delikatna goryczka oraz dość mocno wyczuwalny alkohol. Sporo też kwasowości, ale wszystko się rozjeżdża, a całość jest po prostu płaska. Próba czasu oblana (ocena: **).

Ta butelka zdaje kłam upływowi czasu (fot. własna)

 

Emocje rosły z każdą kolejną butelką, nic dziwnego, że ekscytacja sięgnęła zenitu, gdy w kieliszkach zawitały wina z Királyudvar. Różnicę w stylu pomiędzy nimi, a późniejszymi winami Szepsych można wytłumaczyć też osobą winiarza – był nim wówczas Zoltán Demeter. Királyudvar Úrágya Furmint 2002 charakteryzuje się głębokozłotą barwą z bursztynowymi refleksami. W nosie zaznaczają się aromaty prażonych orzechów, suszonych owoców, wędzonej śliwki oraz mokrej skały, w ustach zaś znajdziemy oleistą teksturę, nuty suszonych śliwkek, moreli, orzechów, prażonej kawy, miód, umami, a całość spięta jest solidną kwasowością i wyraźnym (wino jest półwytrawne) cukrem resztkowym. Jak na swój wiek trzyma się świetnie (ocena: ****/*****). Gwiazdą wieczoru był jednak Királyudvar Úrágya Furmint 2000 – aczkolwiek potrzebował dłuższej chwili, by całkiem pokazać swoje bogactwo. Obleczony w złotą barwę, w nosie dominują aromaty miodu, moreli, suszonych owoców, dalej zarysowuje się wanilia oraz petrol, w ustach zaś niezwykła koncentracja, oleistość, świetna kwasowość i słona mineralność, które stanowią doskonałą ramę dla wyraźnych nut owocowych: moreli, pigwy i brzoskwinii. Absolutnie świetne, wybitne wino, zwłaszcza w kontekście jego wieku (ocena: *****).

László Alkonyi w trakcie opowieści (fot. własna)

 

Na sam koniec pojawił się László Alkonyi, były dziennikarz nieistniejącego już magazynu Borbárat, a który obecnie jest winiarzem w Tállya. Opowiedział o swoich wrażeniach i historii powstania tego wina oraz współpracy tercetu Antony Hwang (właściciel Királyudvar), István Szepsy (winogrodnik) i Zoltán Demeter (winiarz). Dzięki właśnie tej butelce, koncentrujący się do tej pory na słodkich winach Szepsy postanowił tworzyć jednosiedliskowe furminty, zaś Zoltán Demeter zyskał sławę jednego z najlepszych winiarzy regionu. A sama legenda wielkiego wina okazała się prawdą – do dziś ze świecą szukać butelek, które dorównałyby mu elegancją i bogactwem aromatów, pokazując przy tym niespotykaną dotąd długowieczność.

W degustacji wziąłem udział na koszt własny.

Wielki test szamorodni z 2013 roku – czy marketowe tokaje mogą równać się z czołówką gatunku?

Szamorodni to jedno z dwóch wielkich, klasycznych słodkich win tokajskich (choć może także występować w wersji wytrawnej). Tradycja jego wyrobu sięga drugiej połowy XVI wieku, choć aż do lat dwudziestych XIX wieku było znane głównie jako főbor (wino główne). Ukochane przez polskich kupców i szlachtę, szybko zyskało popularność, konkurując ze słodszym aszú niższą ceną oraz ogólnie pojętą „pijalnością”. W XX wieku nieco straciło na popularności, zwłaszcza z powodu kolektywizacji miejscowego rolnictwa i znacznego spadku jakości. Dopiero ostatnie dwa dziesięciolecia pozwoliły nieco odbudować renomę marki.

Pogórze Tokajskie – tam powsają wina szamorodni. (fot. własna)

 

Wraz z najnowszą (2013 rok) zmianą regulacji prawnych dotyczących win tokajskich – co raz więcej producentów zwróciło się ku tej kategorii win, kompensując w ten sposób zniknięcie win 3 i 4 puttonowych. Według dzisiejszych przepisów – by wino mogło zostać zaliczone do kategorii słodkich szamorodni musi: mieć min. 45 g/l cukru resztkowego, 5,5 g/l kwasów oraz 12% alkoholu, powstawać w części z gron pokrytych szlachetną pleśnią (bortytis cinerea), dojrzewać przez pół roku w beczce i trafić do sprzedaży w drugim roku następującym po zbiorach (wino ze zbiorów w 2017 roku trafi do sprzedaży najwcześniej w styczniu 2019 roku).

Szlachetna pleśń – bez niej tokajskie wina nie byłby tym samym. (fot. własna)

 

Jak więc smakuje szamorodni? Powstające w nowoczesnym stylu wina charakteryzują się nutami owocowymi: brzoskwinii, moreli, czasem pigwy, a także botrytisu i miodu, a także świetną kwasowością i sporą koncentracją. Szamorodni w starszym stylu zawierają znacznie więcej tanin, wyraźnie zaznacza się tu oksydacja, a co za tym idzie aromaty drugo i trzeciorzędne, powstające dzięki długiemu dojrzewaniu – między innymi znajdziemy tu suszoną śliwkę, karmel czy też pieczone jabłko. Oczywiście sporo jest także producentów, którzy balansują gdzieś pomiędzy dwoma stylami wypracowując swój własny sposób na szamorodni. Ja zaś niedawno miałem okazję wziąć udział w prywatnej degustacji, podczas której podano 12 różnych win z tejże kategorii, począwszy od prostych win marketowych po samą tokajską czołówkę – z jednego rocznika – 2013. Wyniki potwierdzają pewną tezę, ale jaką – o tym będzie w dalszej części wpisu. Co do samej degustacji – była „w ciemno”, butelki zostały poukładane losowo, żeby jak najmniej wpłynąć na przebieg samego testu. Pojawiło się kilka zaskoczeń, ale też sporo rozczarowań.

Klasyka gatunku w świetnej cenie. (fot. własna)

 

Na rozgrzewkę podano Bardon Késői Szüretelésű Tokaji 2015 – i było to jedyne wino nie należące do kategorii szamorodni. Mamy tu suszoną śliwkę, wanilię, miód, trochę owocu (brzoskwinii, moreli) i lakier do paznokci – trochę za dużo nowej beczki, aczkolwiek całość nawet sprawia przyjemność. Ocena: ***. Po nim nadeszła pora na właściwą część degustacji – pierwsze szamorodni – czyli Oremus Szamorodni 2013 – mamy tu sporo czystych, egzotycznych nut owocowych – ananasa, grapefruita, cytrusów, a także maślaność, dobrze wywarzoną słodycz i kwasowość oraz finisz z nutami zielonego jabłka. Ocena: ***/****.

Omijać z daleka. (fot. własna)

 

Następne w kolejce – Grand Tokaj Tokaji Szamorodni 2013 to kompletna antyreklama win szamorodni. Tarte jabłko, wyraźna oksydacja, suszone owoce, trochę cukru i kwasowości – tego nie ratuje nawet całkiem przyjemna nuta morelowa. Na finiszu wrażenia zabija nieprzyjemna, mocna goryczka. Jedyne pocieszenie – były gorsze wina. Ocena: */**. Tokajicum Szamorodni 2013 należy do win, które spotkamy na półkach większości marketów. Nieco rustykalne – pojawiają się tu nuty korzenne, suszona śliwka, szarlotka, aczkolwiek jest też trochę dobrego owocu – pigwy, moreli, a to wszystko oparte na dobrej kwasowości i umiejętnie użytym cukrze resztkowym. Tu też pojawia się nieprzyjemna goryczka, a wino w sumie jest krótkie i dość płaskie, ale wciąż o niebo lepsze od poprzednika. Ocena: **/***.

Wino marki własnej, po które warto sięgnąć. (fot. własna)

 

Csillagút (Borháló) Szamorodni 2013 to wino z oferty własnej sieci Borháló, butelkowane przez Oremusa. I najbardziej chyba przypomina w stylu tego producenta – mamy tu nuty maślane, morele, botrytis, trochę propolisu, całkiem sporo cukru resztkowego i średnią kwasowość. Proste, aczkolwiek przyzwoite, nowoczesne w stylu szamorodni. Ocena: ***. Majoros Szamorodni 2013 zaprezentował zupełnie inne oblicze – nieczyste, z nutami chrzanu, kiszonki, tartego jabłka. Pytanie, czy to wina butelki, czy całej serii pozostaje otwarte. W tym przypadku całość poszła do zlewu. Ocena: *.

Absolutna czołówka gatunku. (fot. własna)

 

Demetervin Szamorodni 2013, czyli siódme w kolejce wino przeniosło nas w zupełnie inne poziomy. Sporo tu ciała, nut wanilii, brzoskwinii, miodu, botrytisu i propolisu, wino jest bogate w cukier resztkowy i kwasowość, a to wszystko przy bardzo dobrej, czystej nucie owocowej i długim, mineralnym finiszu. Ocena: ****. Następujące po nim Szepsy Szamorodni 2013 przyniosło jeszcze więcej emocji – sporo nut moreli, brzoskwinii, oleistość, niesamowitą koncentrację, wielowarstwowość, potężny cukier resztkowy i sporą kwasowość… Aczkolwiek tej ostatniej było chyba trochę za mało, i to jedyne, co można zarzucić temu niemalże idealnemu winu. Ocena: ****/*****.

Niemalże doskonałe szamorodni od wielkiego mistrza. (fot. własna)

 

Następne wino – Ábráham Szamorodni 2013 pokazał trochę inny styl – więcej oksydacji, nut suszonych owoców, miodu, to wszystko spięte wyraźną kwasowością i dobrze wtopioną słodyczą. Do najlepszych brakuje mu dość dużo, ale i tak pije się je z przyjemnością. Ocena: ***. Kolejna butelka – Vineum Samorodni 2013 to najgorszy koszmar winomaniaka – potworna oksydacja, smród lakieru do paznokci oraz tartego jabłka, wyraźna goryczka – cukier i spora kwasowość w żaden sposób nie kryją wad. Omijać z daleka. Ocena: *. Dziesiąte szamorodni – Amethyst Szamorodni 2013 z Grand Tokaj okazało się korkowe. Ale chyba nawet nie jest go szkoda…

Mały producent, ciekawy styl – choć do czołówki nieco brakuje. (fot. własna)

 

Na sam koniec pojawiły się dwa światełka w tunelu. Pierwsze z nich – Béres Szamorodni 2013 pokazuje, że można stworzyć dobre marketowe szamorodni przy odrobinie chęci. Jest tu i miód, i brzoskwinia, lekkie nuty moreli, całkiem przyjemna kwasowość, dobrze zintegrowany cukier resztkowy, na finiszu mruga ponętnie pigwa. Nie ma tu wielu udziwnień, wino jest proste, eleganckie, dobrze zrobione, zwłaszcza w swej kategorii cenowej. Ocena: ***. Drugie ze światełek, zarazem ostatnie wino degustacji to jedna z niespodzianek – Bardon Szamorodni 2013. Bardzo hojnie częstuje nas owocem spod znaku moreli, pigwy i brzoskwinii, czuć tu jednak nową beczkę pod postacią wyraźnych nut waniliowych, sporo tu cukru, dużo też dobrej kwasowości, w tle migoczą miód, słona mineralność oraz cytrusy. Złożone, bogate, wielkie szamorodni. Ocena: ****.

Niespodzianka wieczoru – świetne szamorodni z Erdőbénye. (fot. własna)

 

Jak pewnie domyśliliście się, tezą, którą zamierzałem postawić na początku była: im droższe szamorodni, tym lepsze.I jest w tym sporo racji, pierwsze trzy miejsca okupowały wina (Szepsy, Bardon, Demetervin), które znacznie odstawały cenowo (przedział 100-200 PLN za butelkę – na Węgrzech). Kompletnie poległy wina marketowe, zwłaszcza od państwowej spółdzielni Grand Tokaj. Nasuwa się zatem pytanie – po co? Po co „wycierać sobie gębę” tak kiepskim winem. W momencie, kiedy próbuje się odbudować nadszarpniętą skandalami renomę (której umówmy się – nigdy nie miała za wiele), takie zachowanie jest jak strzał w stopę. Najwyraźniej są problemy z płynnością gotówki, jeśli posuwa się do sprzedaży takich zlewek. Degustacja dowiodła także, że da się znaleźć przyzwoite wina w niższym przedziale cenowym (do 50 PLN) – w tej grupie mamy szamorodni Oremusa, Béres czy Csillágút – choć brakuje im koncentracji i głębi, to są to bardzo dobre wina.

Degustację zorganizował Mihály Lippai, właściciel baru Könyvbár & Restaurant, składka na osobę wyniosła 5000 HUF (67 PLN).